- A dalej, chłopcy! - zawołał - a dalej, nie żałujcie sobie. Hajda! hajda! Nie ścierpną wam zęby. Kiep ten, co się dziś nie upije za zdrowie atamana. Dalej do beczek! dalej do dziewczyn! - u-ha!
- U-ha! - zawyli radośnie Kozacy.
Zagłoba rozejrzał się na wszystkie strony.
- O takie syny, nitkopłuty, harhary, oczajdusze! - wykrzyknął nagle - to sami pijecie jak zdrożone konie, a tamtym, co strażują koło domu, nic? Hej tam, zmienié mi ich natychmiast.
Rozkaz spełniono bez wahania i w mgnieniu oka kilkunastu pijanych mołojców rzuciło się, by zastąpić strażników, którzy dotychczas nie brali udziału w hulatyce. Ci nadbiegli wnet z łatwą do zrozumienia skwapliwością.
- Hajda, hajda! - zawołał Zagłoba, ukazując im beczki z napitkami.
- Diakujem, pane! - odparli, zanurzając blaszanki.
- Za godzinę zluzować mi i tamtych.
- Słucham - odpowiedział esauł.
Semenom wydało się to zupełnie naturalnym, że w zastępstwie Bohuna objął komendę pan Zagłoba. Tak już zdarzało się nieraz i mołojcy radzi temu bywali, bo szlachcic pozwalał im zawsze na wszystko.
Strażnicy pili więc wraz z innymi, pan Zagłoba zaś wszedł w rozmowę z chłopami z Rozłogów.
- Chłopie! - pytał starego pidsusidka - a daleko stąd do Łubniów?
- Oj, daleko, pane! - odparł chłop.
- Na rano można by stanąć?
- Oj, nie stanie; pane!