- 0, nieszczęsne pacholę! Przeze mnie to on krew wylał.
- Nie frasuj się waćpanna. Żyw będzie.
- Kiedyż to się stało?
- Wczoraj rano. U Bohuna człeka zabić, to jak drugiemu kubek wina łyknąć. A ryczał tak po przeczytaniu listów, że się cały Czehryn trząsł.
Rozmowa przerwała się na chwilę. Już też zrobiło się i widno zupełnie. Różana zorza bramowana jasnym złotem, opalami i purpurą płonęła na wschodniej stronie nieba. Powietrze było świeże, rzeźwe; konie poczęły prychać wesoło.
- No, ruszajmy z Bogiem, a żywo! Szkapy odpoczęły, czasu zaś do stracenia nie mamy - rzekł pan Zagłoba.
Puścili się znów cwałem i lecieli z pół mili bez wypoczynku. Nagle naprzeciw nich, ukazał się jakiś punkt ciemny, który zbliżał się z nadzwyczajną szybkością.
- Co to może być? - rzekł pan Zagłoba. - Zwolnijmy. To człek na koniu.
Istotnie jakiś jeździec zbliżał się całym pędem i pochylony na siodle, z twarzą ukrytą w grzywie końskiej, smagał jeszcze nahajem swego źrebca, który zdawał się ziemi nie tykać.
- Co to za diabeł może być i czego tak leci? Ależ leci! - rzekł pan Zagłoba dobywając z olster pistoletu, aby być gotowym na wszelki wypadek.
Tymczasem goniec zbliżył się już na kroków trzydzieści.
- Stój! - huknął pan Zagłoba wymierzając pistolet. - Ktoś jest?
Jeździec zdarł konia i podniósł się na siodle, ale zaledwie spojrzał, gdy krzyknął:
- Pan Zagłoba!
- Pleśniewski, sługa starościński z Czehryna? A ty tu co robisz? gdzie lecisz?