- My już próbowali - odrzekło kilkanaście głosów. - Jeden pan komisarz Zaćwilichowski podniesie, ale krzyża i on nie uczyni.
- No, a waćpan? - pytał pan Skrzetuski zwracając się do Litwina.
Szlachcic podniósł miecz jak trzcinę i machnął nim kilkanaście razy z największą łatwością, aż powietrze warczało w izbie, a wiatr powiał po twarzach.
- A niechże waści Bóg sekunduje! - zawołał Skrzetuski. - Pewną masz służbę u księcia pana!
- Bóg widzi, że jej pragnę, bo mi miecz w niej nie zardzewieje.
- Ale dowcip do reszty - rzekł pan Zagłoba - gdyż nie umiesz waść tak samo nim obracać.
Zaćwilichowski wstał i obaj z namiestnikiem zabierali się do odejścia, gdy naraz wszedł do izby biały jak gołąb człowiek i spostrzegłszy Zaćwilichowskiego rzekł:
- Mości chorąży komisarzu, ja tu do pana umyślnie!
Był to Barabasz, pułkownik czerkaski.
- To chodźże waszmość do mnie na kwaterę - rzekł Zaćwilichowski. - Tu już się tak ze łbów kurzy, że i świata nie widać.
Wyszli razem, a Skrzetuski z nimi. Zaraz za progiem Barabasz spytał:
- Czy nie ma wieści o Chmielnickim?
- Są. Uciekł na Sicz. Oto ten oficer spotkał go wczoraj na stepie.
- To nie wodą pojechał? Pchnąłem gońca do Kudaku, by go łapano, ale jeśli tak, to na próżno.
To rzekłszy Barabasz zatknął rękami oczy i począł powtarzać: