Wiunów garnuszek
I lechę błota.
Na błocie owym rosły wprawdzie nie tylko grzyby, ale wbrew owym rytmom i wielkie fortuny pańskie. Wszelako w tej chwili ludzie książęcy, którzy w znacznej części wychowali się i wyrośli na suchych, wysokich stepach zadnieprzańskich, nie chcieli oczom własnym wierzyć. Wszakżeż i tam były miejscami bagna i lasy, ale tu cały kraj zdawał się jednym bagnem. Noc była pogodna, jasna - i przy blasku księżyca, jak okiem sięgnąć, nie zajrzałeś sążnia suchego gruntu. Kępy tylko czerniły się nad wodą, lasy zdawały się z wody wyrastać, woda chlupotała pod nogami końskimi, wodę wyciskały koła wozów i armat.Wurcel wpadł w desperację. "Dziwny pochód - mówił - pod Czernihowem groził nam ogień, a tu woda nas zalewa." Rzeczywiście ziemia wbrew przyrodzeniu nie dawała tu stałej podpory nogom, ale gięła się, trzęsła, jakby się chciała rozstąpić i pochłonąć tych, co się po niej poruszali.
Wojska przez Prypeć przeprawiaÅ‚y siÄ™ cztery dni, potem niemal codziennie trzeba byÅ‚o przebywać rzeki i rzeczuÅ‚ki pÅ‚ynÄ…ce w rozkisÅ‚ym gruncie. A nigdzie mostu. Lud caÅ‚y na Å‚odziach, w szuhalejach. Po kilku dniach wszczęły siÄ™ i mgÅ‚y, i deszcze. Ludzie dobywali ostatnich siÅ‚, by siÄ™ na koniec wydostać z tych zaklÄ™tych okolic. A książę Å›pieszyÅ‚, pÄ™dziÅ‚. KazaÅ‚ walić caÅ‚e lasy, ukÅ‚adać drogi z okrÄ…glaków i szedÅ‚ naprzód. Å»oÅ‚nierz też widzÄ…c, jak nie szczÄ™dziÅ‚ siÅ‚ wÅ‚asnych, jak od rana do nocy byÅ‚ na koniu, wojska sprawowaÅ‚, nad pochodem czuwaÅ‚, wszystkim osobiÅ›cie zawiadywaÅ‚ - nie Å›miaÅ‚ szemrać, choć trud byÅ‚ prawie nad siÅ‚y. Od rana do nocy lgnąć i moknąć - oto byÅ‚ wspólny los wszystkich. Koniom róg poczÄ…Å‚ zÅ‚azić z kopyt, wiele ich od armat odpadÅ‚o, wiÄ™c piechota i dragoni WoÅ‚odyjowskiego sami ciÄ…gnÄ™li dziaÅ‚a. Najgórniejsze puÅ‚ki, jako usarie Skrzetuskiego, ZaćwilichowskÃego i pancerni, brali siÄ™ do siekier dla moszczenia dróg. ByÅ‚ to sÅ‚awny pochód o chÅ‚odzie, wodzie i gÅ‚odzie, w którym wola wodza i zapaÅ‚ żoÅ‚nierzy Å‚amaÅ‚y wszystkie przeszkody. Nikt tÄ™dy dotychczas nie odważyÅ‚ siÄ™ z wiosny, przy rozlaniu wód, wojsk prowadzić. Szczęściem pochód nie byÅ‚ ani razu żadnym napadem przerwany. Lud tam cichy, spokojny, nie myÅ›laÅ‚ o buncie, a choć później podburzany przez Kozaków i zachÄ™cany przykÅ‚adem, nie chciaÅ‚ garnąć siÄ™ pod ich znaki. Toż i teraz spoglÄ…daÅ‚ sennym okiem na przechodzÄ…ce zastÄ™py rycerzy, którzy wynurzali siÄ™ z borów i bagien, jakby zaklÄ™ci, a przechodzili jak sen; dostarczaÅ‚ przewodników, speÅ‚niaÅ‚ cicho i posÅ‚usznie wszystko, czego od niego żądano.
Co widząc książę powściągał surowie wszelką swawolę żołnierską i nie płynęły za wojskiem jęki ludzkie, przekleństwa i narzekania, a gdy po przejściu wojsk została w jakiej dymnej wiosce wieść, że to kniaź Jarema przechodził, ludzie potrząsali głowami. "Wże win dobryj!" - mówili sobie z cicha.
Na koniec po dwudziestu dniach nadludzkich trudów i wysileń wychyliły się wojska książęce w kraj zbuntowany. "Jarema ide! Jarema ide!" - rozlegało się po całej Ukrainie, aż hen, po Dzikie Pola, do Czehryna i Jahorliku. "Jarema ide!" - rozlegało się po miastach, wsiach, chutorach i pasiekach i na tę wieść kosy, widły i noże wypadały z rąk chłopskich, twarze bladły, kupy swawolne pomykały nocami ku południowi jak stada wilków przed odgłosem rogów myśliwskich; Tatar zabłąkany dla grabieży zeskakiwał z konia i ucho co chwila do ziemi przykładał; w nie zdobytych jeszcze zamkach i zameczkach bito w dzwony i śpiewano Te Deum laudamus!
A ów groźny lew położył się na progu zbuntowanego kraju i odpoczywał. Siły zbierał.