- Żyje! zdrowa! bezpieczna! - odkrzyknął dziad. - Puść waćpan, do diabła, bo duszę wytrzęsiesz.
Wtedy tego rycerza, którego pokonać nie mogła ani niewola, ani rany, ani boleść, ani straszliwy Burdabut, pokonała wieść szczęsna. Ręce mu opadły, na czoło wystąpił pot obfity, obsunął się na kolana, twarz zakrył rękoma i oparłszy się głową o ścianę jaru, trwał w milczeniu - widać, Bogu dziękował.
Tymczasem docięto reszty nieszczęsnych chłopów, kilkunastu związano, którzy katu mieli być oddani w obozie, aby zeznania z nich wydobył, zaś inni leżeli porozciągani i martwi. Bitwa ustała - zgiełk uciszył się. Semenowie zbierali się koło swego wodza i widząc go klęczącego pod skałą, poglądali na niego niespokojnie nie wiedząc, czy nie ranny. On zaś wstał, a twarz miał taką jasną, jakby mu zorze w duszy świeciły.
- Gdzie ona jest? - spytał Zagłoby.
- W Barze.
- Bezpieczna?
- Zamek to potężny, żadnej inwazji się nie boi. Ona w opiece jest u pani Sławoszewskiej i u mniszek.
- Chwała bądź Bogu najwyższemu! - rzekł rycerz - a w głosie drgało mu głębokie rozrzewnienie. - Dajże mnie waść rękę. Z duszy, z duszy dziękuję.
Nagle zwrócił się do semenów:
- Siła jest jeńców?
- Simnadciat' - odpowiedzieli żołnierze.
Na to pan Skrzetuski:
- Potkała mnie wielka radość i miłosierdzie jest we mnie: Puścić ich wolno.
Semenowie uszom swoim wierzyć nie chcieli. Tego zwyczaju nie bywało w wojskach Wiśniowieckiego.
Skrzetuski zmarszczył z lekka brwi.