Rozdział XXXI
Ale wojownicy zbliżywszy się do siebie zatrzymali konie i poczęli naprzód się lżyć wzajemnie.
- Bywajcie! bywajcie! zaraz tu psy waszym padłem nakarmimy! - wołali książęcy żołnierze.
- Wasze i dla psów się nie godzi.
- Pognijecie w tym stawie, zbóje bezecni!
- Komu pisano, ten zgnije. Was tu prędzej ryby oszczypią.
- Z widłami do gnoju, chamy! Lepiej wam to przystoi niż szabla.
- Chociaż my chamy, ale synki nasze będą szlachta, bo się z waszych panienek porodzą!
Jakiś Kozak, widno zadnieprzański, wysunął się naprzód i złożywszy dłonie koło ust, wołał potężnym głosem:
- U kniazia dwie synowice! Powiedzcie mu, żeby je Krzywonosowi przysłał.
Panu Wołodyjowskiemu aż pociemniało w oczach z wściekłości, gdy to bluźnierstwo usłyszał, i w tejże chwili wypuścił konia na Zaporożca.
Poznał go z dala pan Skrzetuski stojąc na prawym skrzydle z husarzami i krzyknął na Zagłobę:
- Wołodyjowski leci! Wołodyjowski! patrz waść! tam! tam!
- Widzę! - wołał pan Zagłoba. - Już go dopadł! Już się biją ! Raz! dwa! dalejże po nim! Widzę doskonale! Oho, już! To gracz, niech go las ogarnie!