W południe tegoż dnia na podwórcu zamkowym stało trzystu Wierszułłowych Tatarów, gotowych do drogi z panem Skrzetuskim, a na zamku książę wyprawiał obiad starszyźnie wojskowej, który zarazem miał być pożegnalną ucztą dla naszego rycerza. Posadzono go tedy przy księciu, jako pana młodego, a za nim zaraz siedział pan Zagłoba, gdyż wiedziano, iż jego to sprawność i odwaga ocaliły pannę młodą z ostatniej toni. Książę był wesół, bo brzemię z serca zrzucił, i wznosił kielichy na pomyślność przyszłego stadła. Ściany i okna drżały od okrzyków rycerzy. W przedpokojach czyniła wrzawę służba, między którą Rzędzian rej wodził.
- Mości panowie! - rzekł książę - niechże ten trzeci kielich będzie dla przyszłej konsolacji. Walne to gniazdo. Daj Bóg, aby jabłka nie popadały daleko od jabłoni. Niech z tego Jastrzębca godne rodzica Jastrzębczyki się rodzą!
- Niech żyją! niech żyją!
- Na podziękowanie! - wołał Skrzetuski wychylając ogromny kielich małmazji.
- Niech żyją! niech żyją!
- Crescite et multiplicamini!
- Jużeś to waszmość z pół chorągiewki powinien wystawić! - rzekł śmiejąc się staruszek Zaćwilichowski.
- Zaskrzetuszczy wojsko z kretesem! już ja go znam! - krzyknął Zagłoba.
Szlachta ryknęła śmiechem. Wino szło do głów. Wszędy widać było czerwone twarze, ruszające się wąsy, a humory stawały się z każdą chwilą lepsze.
- Kiedy tak - wołał rozochocony pan Jan - to już się waszmościom muszę przyznać, że mi kukułka dwunastu chłopczysków wykukała.
- Dalibóg! wszystkie bociany od roboty pozdychają! - wołał pan Zagłoba.
Szlachta odpowiedziała nowym wybuchem śmiechu i śmiali się wszyscy, aż się sala jakoby grzmotem rozlegała.
Wtem w progu sali ukazało się jakieś posępne widmo okryte kurzem - i na widok stołu, uczty i rozpromienionych twarzy zatrzymało się we drzwiach, jakby wahając się, czy wejść dalej.
Książę dostrzegł je pierwszy, brwi zmarszczył, oczy przesłonił i rzekł:
- A kto tam? A! to Kuszel! Z podjazdu! Co słychać? jakie nowiny?