- Powiedzże to jemu samemu.
- Pewnie, że powiem. Dobrana będzie z nich para.
- Będzie ją mógł nosić zamiast spinki u żupana, taka właśnie jest między nimi proporcja.
- Albo zamiast kitki na czapce.
Wołodyjowski podszedł do Litwina.
- Mospanie! - rzekł - niedawno jakeś tu przybył, ale frant, widzę, z waści nie lada.
- A to czemu, brateńku dobrodzieju? a to czemu?
- Boś nam tu najgładszą dziewkę z fraucymeru już zbałamucił.
- Dobrodzieju! - rzekł Podbipięta składając ręce - co waćpan mówisz najlepszego?
- Spojrzyj waszmość na pannę Annę Borzobohatą, w której się tu wszyscy kochamy, jak to ona na waści dziś oczkiem strzyże. Pilnuj się jeno, żeby z waści dudka nie wystrzygła, jako z nas powystrzygała.
To rzekłszy Wołodyjowski zakręcił się na pięcie i odszedł pozostawiając pana Longina w zdumieniu. Nie śmiał on nawet zrazu spojrzeć w stronę Anusi i po niejakim dopiero czasie rzucił znienacka okiem - ale aż zadrżał. Spoza ramienia księżny Gryzeldy dwoje jarzących ślepków patrzyło na niego istotnie z ciekawością i uporem. "Apage, satanas!" - pomyślał Litwin i oblawszy się jak żaczek rumieńcem, uciekł w drugi kąt sali.
Jednakże pokusa była ciężka. Ten szatanek wyglądający zza pleców księżny tyle miał ponęt, te oczki tak świeciły jasno, że pana Longina aż ciągnęło coś, by w nie choć jeszcze raz tylko spojrzeć. Ale wtem wspomniał na swój ślub, w oczach stanął mu Zerwikaptur, przodek Stowejko Podbipięta, trzy ścięte głowy, i strach go zdjął. Przeżegnał się i tego wieczora nie spojrzał więcej. Natomiast rankiem nazajutrz przyszedł na kwaterę Skrzetuskiego.
- Panie namiestniku - rzekł - a prędko pociągniemy? Co też tam waszmość słyszał o wojnie?
- Przypiliło waści. Bądźże cierpliwy, póki się pod znak nie zaciągniesz.
Pan Podbipięta bowiem nie był jeszcze zapisany na miejsce zmarłego Zakrzewskiego. Musiał czekać z tym, aż ćwierć wyjdzie, co miało nastąpić dopiero pierwszego kwietnia.