- A Chmielnicki?
- Lada dzień z Krymu z Tatarami spodziewany. Może już jest; prawdę rzec, niepotrzebnie waszmość do Siczy chcesz jechać, bo wkrótce tu ich się doczekasz; że zaś Kudaku nie miną ani go za sobą nie zostawią, to pewna.
- A obronisz się waszmość?
Grodzicki popatrzył na namiestnika posępnie i odrzekł dobitnym, spokojnym głosem:
- A ja siÄ™ nie obroniÄ™...
- Jak to?
- Bo prochów nie mam. Mało dwadzieścia czółen posłałem, by mi choć trochę przysłano - i nie przysłano. Nie wiem-li: przyjęto gońców - czy sami nie mają - wiem, że dotąd nie przysłano. Mam na dwa tygodnie - na dłużej nie. Gdybym miał dosyć, pierwej bym Kudak i siebie w powietrze wysadził, nimby tu noga kozacza postała. Kazano mi tu leżeć - leżę, kazano czuwać - czuwam, kazano zęby wyszczerzać - wyszczerzam, a gdy zginąć przyjdzie - raz maty rodyła - i to potrafię.
- A samże waszmość nie możesz prochów robić?
- Od dwóch już miesięcy Zaporożcy saletry mi nie puszczają, którą od Czarnego Morza przywozić trzeba. Wszystko jedno. Zginę!
- Uczyć się nam od was, starych żołnierzów. A gdybyś sam waszmość po prochy ruszył?
- Mosanie, ja Kudaku nie zostawię i zostawić nie mogę; tu mi było życie, tu niech śmierć będzie. Waść nie myśl także, że na bankiety i wspaniałe recepcje jedziesz, jakimi gdzie indziej posłów witają, albo że cię tam godność poselska osłoni. Toż oni własnych atamanów mordują i od czasu, jak tu siedzę, nie pamiętam, by który sczezł swoją śmiercią. Zginiesz i ty.
Skrzetuski milczał.
- Widzę, że duch w waćpanu gaśnie. To lepiej nie jedź.
- Mój mości komendancie - rzekł na to z gniewem namiestnik wymyślże co lepszego, by mnie przestraszyć, bo to, co mi powiadasz, jużem słyszał z dziesięć razy, a kiedy mi radzisz nie jechać, to widzę, sam byś na moim miejscu nie jechał - zważ przeto, czy ci nie tylko prochów, ale i fantazji do obrony Kudaku nie zabraknie.
Grodzicki, zamiast się rozgniewać, spojrzał jaśniej na namiestnika.