- Może też koszowy wszystkie listy skręci, bo mu i o własny łeb chodzi. Było tak dobrze do niego pismo jak do was.
- A może.
- Ale jeśli się poczuwasz, to...
Tu stary kantarzej zniżył głos jeszcze bardziej:
- Uchodź!
- Ale jak? i gdzie? - pytał niespokojnie Tatarczuk. - Koszowy na wszystkich ostrowach straż postawił, żeby się nikt do Lachów nie wymknął i nie dał znać, co się dzieje. Na Bazawłuku pilnują Tatarzy. Ryba się nie przeciśnie, ptak nie przeleci.
- To się skryj w samej Siczy, gdzie możesz.
- Znajdą. Chyba ty mnie schowasz między beczkami w bazarze? Ty mój krewniak!
- I brata rodzonego nie chowałbym. Boisz się śmierci, to się upij; pijany ani poczujesz.
- A może w listach nic nie ma?
- Może...
- Ot, bieda! ot, bieda! - rzekł Tatarczuk. - Nie poczuwam się do niczego. Ja dobry mołojec, Lachom wróg. Ale choćby i nic w liście nie było, czort wie, co Lach powie przed radą? Może mnie zgubić.
- To serdyty Lach; on nic nie powie!
- Byłeś dziś u niego?
- Byłem. Pomazałem mu rany dziegciem; nalałem gorzałki z popiołem w gardło. Będzie zdrów. To serdyty Lach! Mówią, że Tatarów narznął na Chortycy, nim go wzięli, jak świń. Ty o Lacha bądź spokojny.