W piątek przyszli jako zwykle niewolnicy rozmyślać, smutne pieśni śpiewać i rany myć. Ujrzawszy mnie w moim upodleniu, z rzewliwym płaczem do nóg mi przypadli krzycząc: "Majestat pański został pohańbiony!" Alem ja tak nie mniemał, gdyż Chrystus, choć z królewskiego rodu będąc, większą jeszcze poniewierkę cierpiał chcąc przez to stanowi ślacheckiemu okazać, że godność krwi zacnej nie cierpieniem, jeno strachem przed cierpieniem się kala. Jeńcowie zaś wiedząc o kondycjach, jakie mnie Sulejman dawał, wołali: "Udaj, panie, że proroka przyjmujesz, co jeśli pozorne będzie, duszy swej nie zgubisz, a tak synem możnego Sulejmana zostawszy i sobie, i nam ulgę przyniesiesz, bo twoimi niewolnikami będziemy." Wtedy rzekłem im, iż gdy tak radzą, psom bliskimi być muszą, albowiem szczekaniem przeciw Bogu gęby swe plugawią, nie rozumiejąc, że nie godzi się bić choćby pozornie pokłonów przed fałszywymi proroki. Na to rzekli: "Głowy my tu wszyscy położymy" - i w desperacji trwali, Bóg bowiem nieurodzonym ludziom odmówił honoru i baczniejszymi ich na wygody doczesne uczynił...
Usłyszawszy o tym praefectus Sulejman bardzo się rozgniewał i głodem zgiąć mnie postanowił. Zabić bowiem ani przedać mnie nie chciał, bo mnie sam dawniej miłował i dla Iłły tego uczynić nie mógł, która, jako się później dowiedziałem, gdy się przeciw szyi mej odgrażał, szat jego z wielkimi prośbami się czepiała, w tej nadziei ojca utrzymując, iż umysł mój kwoli ich chęciom wkrótce się zmieni. Przyszły tedy na mnie czasy wielkich utrapień i przewidywana godzina męki wybiła. Ale gdym pomyślał o ojcach moich, o sławie i o nieskazitelności imienia, które mnie zostawili, moc wielka wstąpiła w serce moje. Jedno więc o tym myślałem, by ślacheckiemu stanowi, którego dygnitatem w sobie nosiłem i któren jest Rzeczypospolitej fundamentem, czymkolwiek w niewoli swej hańby nie przynieść. Rzekł mi Sulejman chcąc, abym się zhańbił: "Z psami wolno ci jadać i to, co im rzucą, brać możesz." Nie chcąc, aby się to stało, żywiłem się tylko szarańczą, którą na piaskach morskich znajdowałem. Często też z początku żywność przy mnie przez jakąś niewidomą rękę kładziona była, w czym domyślałem się Iłły. Ale później strzeżono jej, aby tego czynić nie mogła. Inne zaś czarownice tatarskie nie tylko że miłosierdzia nade mną nie miały, ale raz zbiły mnie kijankami tak, iż całe moje ciało sine było. Jeśli więc szarańczy zbrakło, głód cierpiałem. Czasem mi także niewolnicy figi po tatarskich ogrodach zbierane przynosili, ale gdym ujrzał, iż chłosty za to otrzymują, kazałem im tego poniechać. Spoglądali na mnie ze łzami, powtarzając: "Panie nasz, na co ci przyszło!" Niewola też nie tylko moja, ale wszystkich sroższą się stała, gdyż Tatarowie wielką złością ku nam zapłonęli. Jeden zasię Kozak niebożątko, imieniem Fedko, na pal był wbity, na którym drugiego dnia dopiero, powtarzając: Chrystu! Chrystu! - umarł. Nocą zdjąwszy go z pala pogrzebaliśmy ciało w piaskach morskich, o śmierć równie piękną Boga prosząc, za którą Fedko pewnie w niebie przez Ojca Przedwiecznego był nobilitowany i purpurą okryty, i do chwały najwyższej wyniesiony.