Przeleżałem tak dwa dni. Przechodzący obok mnie ludzie nie zwracali uwagi ani na mnie, ani na moje prośby. W końcu podszedł do mnie jakiś chłop, usiadł i zaczął rozmawiać. A między innymi powiedział - Dasz co, to cię wyleczę. Mnie też się coś takiego trafiło, znam na to lekarstwo. - Dać to ci nic nie mogę - odpowiedziałem. - A w torbie co masz? Same suchary i książki. - To może chociaż popracujesz przez lato, jak cię wyleczę? - Pracować też nie mogę, widzisz, że władam jedną tylko ręką, druga prawie całkiem uschła. - To co w końcu umiesz robić? - Nic, tylko czytać i pisać. Aha, pisać umiesz! Dobrze, nauczysz pisać chłopaka, mojego syna. Czytać to on trochę umie, ale chciałbym, żeby i pisał. Nauczyciele chcą jednak za naukę drogo, dwadzieścia rubli. Zgodziłem się i obaj ze stróżem przenieśli mnie do starej, pustej łaźni na tylnym podwórzu.
Zaczął mnie leczyć. Nazbierał po polach, po podwórkach, dołach na odpadki ze ćwierć korca takich na pół rozpadających się kości, jakie trafił - ptasich, bydlęcych, różnych. Wypłukał je, potłukł na drobno kamieniem i nasypał do wielkiego dzbana. Przykrył go potem dziurawą pokrywką, przewrócił do góry dnem i postawił tak na wkopany w ziemię pusty garnek. Cały dzban oblepił grubo gliną, obłożył drewnem, podpalił i grzał tak ponad dobę. Dokładając drew mówił - No i będzie z kości dziegieć. Następnego dnia odkopał garnek, do którego nakapało przez dziurę w pokrywce z pół kwarty gęstej, oleistej, czerwonawej cieczy o silnym zapachu świeżego, surowego mięsa. Kości w dzbanie z czarnych i spróchniałych zrobiły się takie białe, czyste, przezroczyste jak perłowa masa albo i same perły. Nacierał tą cieczą moje nogi z pięć razy dziennie. I co się stało? Już następnego dnia poczułem, że mogę poruszać palcami, na trzeci - zginałem już nogi, a piątego dnia wstałem i przespacerowałem się z kijkiem po podwórzu. Jednym słowem po tygodniu nogi moje były silne jak dawniej. Błogosławiłem za to Boga i myślałem sobie: jakąż wielką mądrość Bożą widać w stworzeniu! Suche, spróchniałe, należące już do ziemi kości jaką jeszcze zachowują w sobie życiową siłę, jaką barwę, zapach i zdolność działania na to, co jeszcze żywe - przywracania życia temu, co umarłe. To jakby poręka przyszłego wskrzeszenia ciał. Dobrze byłoby to pokazać leśnikowi, u którego mieszkałem i który tak wątpił w powszechne zmartwychwstanie ciał!