Po skończeniu lektury zaproszono nas na obiad, a my, pokrzepiwszy się i podziękowawszy gospodarzowi, ruszyliśmy w drogę, każdy w swoją stronę, gdzie kto chciał.
Szedłem potem z pięć dni, ciesząc się wspominaniem opowieści, które usłyszałem od bogobojnego kupca z Białej Cerkwi. Potem, gdy już zacząłem zbliżać się do Kijowa, poczułem nagle, bez żadnej przyczyny, jakąś ociężałość, osłabienie, naszły mnie jakieś ponure myśli. Modlitwa szła mi z trudem, ogarnęło mnie rozleniwienie. Żeby trochę odpocząć, gdy tylko dostrzegłem przy drodze lasek i gęste zarośla, poszedłem usiąść sobie pod krzakiem i poczytać Dobrotolubije, chciałem trochę pokrzepić osłabłą duszę i poskromić moją małoduszność. Znalazłem zaciszne miejsce i zacząłem czytać wielebnego Kasjana Rzymianina, w czwartej części Dobrotolubija, o ośmiu rodzajach myśli. Czytałem tak z radością jakieś pół godziny, gdy nieoczekiwanie, jakieś pięćdziesiąt sążni ode mnie, w głębi lasu, dostrzegłem klęczącego nieruchomo człowieka. Ucieszyłem się tym, pomyślałem bowiem, że pewnie się modli, i znowu zacząłem czytać. Poczytałem tak z godzinkę, albo i więcej, patrzę znowu, a ten klęczy wciąż nieruchomo. Wzruszyło mnie to bardzo i pomyślałem sobie: oto jacy bywają świątobliwi Boży słudzy. Kiedy tak rozmyślałem, człowiek ten upadł nagle na ziemię i leżał bez ruchu. To już mnie zdziwiło, a ponieważ nie widziałem jego twarzy, bo klęczał odwrócony do mnie tyłem, wzięła mnie ciekawość, by pójść i zobaczyć, kim jest. Podszedłem i zastałem go w lekkim śnie. Był to chłopak ze wsi, miał jakieś dwadzieścia pięć lat i jasną, miłą, ale bladą twarz. Ubrany był w chłopską kapotę, przepasaną łykiem, więcej nie miał nic, ani torby, ani nawet kija. Posłyszał szelest moich kroków, przebudził się i wstał. Zapytałem go, kim jest. Powiedział, że jest chłopem ze smoleńskiej guberni, idzie zaś do Kijowa.