Usłyszawszy to, zdziwiłem się i mówię - Jakże to, wielebny ojcze, można nie kochać Boga, Stwórcy i Obrońcy naszego! Komu mamy wierzyć, jeśli nie Bożemu słowu, wszystko w nim jest prawdziwe i święte. A każdemu bliźniemu życzę dobra, za cóż miałbym go nienawidzić? Pysznić się nie mam czym: poza mymi niezliczonymi grzechami, co mogę opowiedzieć, czym się pochwalić? A z moją biedą i chorobami, gdzie mi do pożądliwości i rozpusty! Pewnie, gdybym był wykształcony albo bogaty, na pewno znalazłbym swą winę w tym, co powiedziałeś.
- Szkoda, mój miły, że tak mało zrozumiałeś z tego, co ci mówiłem. Żeby ci to lepiej wyjaśnić, dam ci tu parę wskazań, według których sam się zawsze spowiadam. Przeczytaj je, a zobaczysz wyraźnie dowody na to, co ci teraz mówiłem.
Spowiednik podał mi kartkę i zacząłem czytać.
Wyznanie wiodące człowieka wewnętrznego ku pokorze
Uważnie przyglądając się sobie i obserwując bieg mojego życia wewnętrznego, przekonałem się pośród doświadczeń, że Boga nie kocham, brak we mnie miłości do bliźniego, nie wierzę niczemu z dziedziny religii, a przepełniony jestem pychą i ambicją. Wszystko to rzeczywiście w sobie znajduję rozważając, jakie są moje uczucia i czyny:
1. Nie kocham Boga, bo przecież gdybym Go kochał, to wciąż bym o Nim myślał ku radości mego serca, a każda myśl o Bogu przynosiłaby mi radosną słodycz. Przeciwnie, znacznie częściej i chętniej rozmyślam o sprawach zwyczajnych, codziennych, a rozmyślanie o Bogu przynosi mi utrudzenie i oschłość. Jeślibym Boga kochał, to rozmowa z Nim poprzez modlitwę ożywiałaby mnie, napełniała słodyczą i pociągała ku stałemu z Nim obcowaniu, ale jest przeciwnie: nie tylko nie rozkoszuję się modlitwą, ale zajmując się nią odczuwam utrudzenie, zmagam się z niechęcią, osłabiam się poprzez oddawanie się lenistwu i gotów jestem z chęcią zająć się czymkolwiek błahym, byle tylko modlitwę przerwać lub całkiem jej zaprzestać. Podczas pustych zajęć czas mija mi niezauważenie, a gdy zajmuję się Bogiem, stając w Jego obecności, czuję, że każda godzina jest długa jak rok. Jeśli kochasz kogoś, to w ciągu dnia myślisz o nim nieustannie, wyobrażasz go sobie, troskasz się o niego, a podczas wszystkich zajęć umiłowany przyjaciel twój nie znika ci z myśli. A ja w ciągu dnia przecież ledwie godzinkę znajdę na to, by głęboko rozmyślać o Bogu, rozpalać się Jego miłością, a przez dwadzieścia trzy godziny ochoczo, gorliwie, składam ofiary idolom moich namiętności... Podczas rozmów o rzeczach marnych, dalekich od spraw ducha, jestem rześki, czuję zadowolenie, a podczas rozmyślania o Bogu czuję oschłość, nudę i rozleniwienie. Nawet jeśli mimo woli ktoś pociągnie mnie ku pobożnej rozmowie, to zaraz staram się zmienić ją na rozmowę schlebiającą moim namiętnościom. Niestrudzenie ciekaw jestem nowości, rozporządzeń władz, wydarzeń politycznych, chciwie poszukuję sposobów zaspokojenia mojej ciekawości w zakresie światowej nauki, sztuki, wynalazków, a pouczenia o Prawie Pańskim, poznawaniu Boga, o religii nie robią na mnie wrażenia, nie sycą mej duszy i uważam to nie tylko za mało istotne zajęcie dla chrześcijanina, ale jakby za sprawę uboczną, nieważną, którą winienem się zajmować przecież tylko w wolnym czasie, przy okazji odpoczynku. Krótko mówiąc: jeśli miłość ku Bogu rozpoznać można po wypełnieniu Jego przykazania - Jezus mówi przecież: "Jeśli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania" (J 14,15) - a ja przykazań Jego nie tylko nie przestrzegam, ale nawet mało się o nie troszczę, to istotnie należy wnioskować, że Boga nie kocham... Potwierdza to Bazyli Wielki mówiąc: "Dowodem tego, że człowiek nie kocha Boga i Jego Pomazańca (Chrystusa) jest to, że nie przestrzega Jego przykazań".