Minął w końcu już ponad tydzień. Starzec powrócił całkiem do zdrowia, podziękowałem mu z serca za wszystkie jego pouczenia i pożegnałem się z nim. On pojechał w swoją stronę, a ja ruszyłem we wskazanym mi kierunku.

Byłem już coraz bliżej Poczajowa, ale nie uszedłem jeszcze stu wiorst, gdy dogonił mnie jakiś żołnierz. Zapytałem go, dokąd idzie. Odpowiedział mi, że w swe rodzinne strony w kamieniecko-podolskiej guberni. Przeszliśmy w milczeniu z dziesięć wiorst i zauważyłem, że wzdycha ciężko, jakby się czymś smucił, i był bardzo posępny. Zapytałem go - Czemuś tak smutny? Przybliżył się i mówi - Dobry człowieku, jeśli już dostrzegłeś mój smutek, to przysięgnij mocno i zapewnij, że nikomu nie doniesiesz, a opowiem ci o sobie wszystko, bo śmierć mnie czeka, a poradzić się nie mam kogo.

Zapewniłem go po chrześcijańsku, że żadna to dla mnie korzyść na niego donosić, a rad będę dać mu z braterskiej miłości pomoc, jaką będę mógł.

- Popatrz - powiedział - dali mnie do wojska, byłem pańszczyźnianym chłopem. Gdy minęło pięć lat służby, poczułem się nieznośnie ciężko, często mnie tłukli za niesolidność, no i za pijaństwo. Umyśliłem sobie, że ucieknę. Teraz już piętnasty rok jestem dezerterem. Przez sześć lat kryłem się, chowałem, gdzie się dało, kradłem po spiżarniach i składach, uprowadzałem konie, włamywałem się do sklepików, obławiałem się zawsze sam, a to, co ukradłem, upychałem różnym kanciarzom; pieniądze przepijałem, oddawałem się rozpuście i popełniłem wszystkie grzechy; tyle, że nie zabijałem. Wszystko mi szło dobrze, gdy w końcu dostałem się do więzienia za włóczenie się bez paszportu, ale i stamtąd uciekłem przy najbliższej okazji. Potem przypadkowo spotkałem żołnierza, który przeszedł w stan spoczynku i wędrował do domu w odległej guberni. Był chory, ledwie mógł iść i poprosił, bym podprowadził go do najbliższej wsi, żeby tam łatwiej mu było znaleźć kwaterę. Zaprowadziłem go, dziesiętnik wpuścił nas na nocleg do stodoły na siano i tam położyliśmy się spać. Budzę się wczesnym rankiem, patrzę, a mój żołnierz nie żyje, cały już zesztywniał. Szybko go obszukałem, by znaleźć jego papiery, to znaczy dymisję, i jak tylko ją znalazłem, a i sporo pieniędzy, to zaraz, póki jeszcze wszyscy spali, uciekłem ze stodoły, potem między opłotkami i do lasu... Tak uciekłem. Przejrzałem jego paszport i zauważyłem, że wiek i inne cechy miał prawie jak ja. Ucieszyłem się tym i śmiało powędrowałem do odległej guberni astrachańskiej. Zacząłem się tam statkować i najmować do pracy. Tak przyłączyłem się do podeszłego wiekiem mieszczanina mającego własny dom i handlującego bydłem. Był to człowiek samotny, żył tylko z owdowiałą córką. Przeżyłem z nimi rok i ożeniłem się z tą jego córką, potem starzec zmarł. Nie potrafiliśmy podtrzymać handlu, zacząłem znowu pić, żona też, i w ciągu jednego roku przepuściliśmy wszystko, co zostało po jej starym ojcu. W końcu żona moja zachorowała i umarła, a ja sprzedałem to, co jeszcze zostało wraz z domem, i pieniądze szybko roztrwoniłem. Nie miałem już teraz z czego żyć i co jeść.

WQQPBYM WQJBQPM WQJJPZM WQXYJYM WQXXBBM