Wróciłem do mego poprzedniego fachu i dalejże obławiać się na kradzieżach, i to jeszcze śmielej, bo miałem paszport. Przez jakiś rok żyłem tak pośród zepsucia. Potem przyszedł taki czas, że długo nic mi się nie wiodło. Pewnego dnia uprowadziłem więc starą, chudą klaczkę jakiemuś biedakowi i sprzedałem ją za pól rubla w rakarni. Wziąłem pieniądze, poszedłem do karczmy, wypiłem wina i umyśliłem sobie, że pójdę na jakieś wiejskie wesele: jak tam już sobie wszyscy podjedzą i popiją, to łatwiej będzie coś ukraść. Ponieważ do zachodu słońca było jeszcze daleko, poszedłem do lasu czekać północy. Położyłem się tam i mocno zasnąłem. Patrzę we śnie: stoję na wielkiej, pięknej łące. Nagle zaczęła nadciągać straszliwa chmura i zaraz piorun strzelił tak, że ziemia się pode mną rozstąpiła i jakby mnie ktoś w nią wbił po same ramiona, ze wszystkich stron mnie przygniotło, tylko głowa i ręce wystawały. Potem ta groźna chmura jakby opadła na ziemię i wyszedł z niej mój stary dziadek, który zmarł przed dwudziestu laty. Był on człowiekiem świątobliwym i w naszej wsi przez trzydzieści lat był cerkiewnym starostą. Rozgniewany i groźny podszedł do mnie, aż zatrząsłem się ze strachu. Spojrzałem, a tu dokoła mnie kilka kupek rzeczy, które niegdyś pokradłem. Przestraszyłem się jeszcze bardziej. Mój dziad, podszedłszy do mnie, wskazał pierwszą kupkę rzeczy i groźnie powiedział - A to co takiego? Bierzcie się za niego! I nagle ziemia ze wszystkich stron mnie tak zaczęła ściskać i dusić, że nie mogąc znieść bólu, smutku i niepokoju jęknąłem i zakrzyczałem: Ulitujcie się! Ale męczarnia trwała nadal... Dziadek pokazał drugą kupkę rzeczy i też powiedział - A to co? Duście go silniej! Poczułem tak silny ból i smutek, że nie może się z nimi równać żadna męka na tej ziemi. W końcu ten mój dziadek przyprowadził blisko mnie skradzioną poprzedniego dnia klaczkę i krzyknął - A to? Duście go, jak tylko możecie! - Zdusiło mnie tak ze wszystkich stron, że nawet trudno opowiedzieć, jak było to okrutne, straszne i męczące; jakby ktoś ze mnie wypruwał żyły, a straszliwy ból dusił tak, że nie można było tego znieść; potrwałoby tak jeszcze trochę, to padłbym bez zmysłów, ale klaczka wierzgnęła i walnęła mnie w szczękę, raniąc ją. W momencie uderzenia zbudziłem się przerażony, a trząsłem się jak osłabiony chorobą.

WJZVVGM WJXYGGM WJXPVJM WJVKKZM WJGXGXM   pozycjonowanie | Fundusze | Grawerowanie Laserowe Breloki | Strony Internetowe | Kalkulator Hipoteczny