Patrzę, a to już biały dzień, słońce wschodzi; dotykam szczęki - krew z niej cieknie, a co mi się śniło, że było w ziemi - jak z drewna, i tylko jakby mrówki mi chodziły. Jakoś w tym przestrachu wstałem i poszedłem do domu. Szczęka bolała mnie długo, jeszcze teraz widać bliznę, przedtem jej nie miałem. Po tym widzeniu zaczął przychodzić na mnie strach, przerażenie, a jak tylko wspomniałem moją męczarnię, a jawiła mi się wciąż na nowo, to taki ogarniał mnie smutek i niepokój, tak mnie to dręczyło, że nie wiedziałem już, gdzie się podziać... Potem jawiło mi się to coraz częściej, zacząłem się bać ludzi i wstydzić się, wydało mi się, że wszyscy wiedzą o moich łotrostwach. Ze smutku nie mogłem już potem ani pić, ani jeść, ni spać, błąkałem się tylko jak cień. Pomyślałem, by wrócić do mego pułku i przyznać się do wszystkiego: poniósłbym karę, a nuż Bóg wybaczyłby grzechy, ale bałem się. Przeląkłem się, że przepędzą mnie wzdłuż dwuszeregu i wysieką rózgami. W końcu, by uciec od tej męki, chciałem się powiesić. Przyszła mi jednak myśl, że będę żył krótko i trzeba pożegnać się z rodzinnymi stronami i umrzeć. Mam tam krewnego, idę tak już pół roku, a smutek i strach wciąż mnie dręczą... Jak myślisz, dobry człowieku, co mam robić? Brak mi już cierpliwości!...