Opowiedziałem mu wtedy kilka przypadków, w których Jezusowa modlitwa okazała wobec grzeszników swą cudowną moc. Wreszcie zacząłem go też namawiać, by zamiast iść w rodzinne strony, zaszedł najpierw ze mną do Bożej Matki, Ucieczki Grzesznych w Poczajowie, by tam się wyspowiadał i przystąpił do Bożych sakramentów. Słuchał tego mój żołnierz z uwagą i, jak dostrzegłem, z radością, i w końcu zgodził się na wszystko. Powędrowaliśmy do Poczajowa razem, ale umówiliśmy się, że nie będziemy ze sobą rozmawiać, tylko odmawiać bezustannie Jezusową modlitwę. Całą dobę przeszliśmy w milczeniu. Następnego dnia powiedział, że czuje się lepiej; widać też było, że jest spokojniejszy. Na trzeci dzień dotarliśmy do Poczajowa i znów mu przypomniałem, by dniem i nocą, dopóki nie zaśnie, nie przerywał modlitwy. Zapewniałem go, że Najświętsze Imię Jezusa jest nieznośne dla wrogów i ma moc go zbawić. Przeczytałem mu też z Dobrotolubija o tym, że choć zawsze należy odmawiać modlitwę Jezusową, to szczególnie jednak, z gorliwą starannością, należy się do niej przykładać wtedy, gdy przygotowujemy się do uczestniczenia w świętych Chrystusowych sakramentach. Czynił tak i zaraz się wyspowiadał i przystąpił do Komunii. Wprawdzie zjawy jeszcze, choć rzadko, nań przychodziły, to jednak łatwo przepędzał je Jezusową modlitwą. By łatwiej wstać w niedzielę na jutrznię, położył się wieczorem wcześniej i wciąż odmawiał Jezusową modlitwę, a ja w kąciku, przy nocnej lampce, czytałem jeszcze moje Dobrotolubije. Minęła tak pewnie godzina i zasnął. Zacząłem się modlić, gdy po jakichś dwudziestu minutach drgnął, przebudził się, wstał, podbiegł do mnie cały zapłakany i powiedział z wielką radością - Och, bracie, co ja widziałem! Jak mi lekko i radośnie. Wierzę, że Bóg nie dręczy, a miłuje grzeszników. Chwała Tobie, Panie, chwała Ci!