Zdziwiony tym i uradowany, poprosiłem, by opowiedział mi, co się stało.
- Było to tak: jak tylko zasnąłem, zobaczyłem siebie na tej samej łące, gdzie przeszedłem męczarnie. Na początku się przestraszyłem, ale widzę, że chmury nie ma. Zamiast niej wschodzi jasne słońce; wspaniała jasność rozświetliła całą łąkę i ujrzałem tam piękne kwiaty i trawy. Nagle podszedł do mnie bliziuteńko mój dziadek, tak piękny, że nie mogłem się napatrzeć, i mówi do mnie mile i życzliwie - Idź do Żytomierza, do cerkwi świętego Jerzego Zwycięzcy, przyjmą cię na cerkiewnego stróża. Zostań tam aż do śmierci i módl się nieustannie. Bóg zmiłuje się nad tobą. - Powiedziawszy to uczynił nade mną znak krzyża i zaraz zniknął. Poczułem w sobie radość taką, że nie można jej wypowiedzieć. Jakby zwalił się ze mnie jakiś ciężar, a ja uleciałbym ku niebu... Z tym się obudziłem, czując, że mi lekko. Moje serce nie wie, co ma czynić z radości. Cóż mi pozostaje? Idę zaraz do Żytomierza, jak mi to polecił dziadek. Z modlitwą łatwiej mi będzie iść!
- Ulitujże się, miły bracie, dokąd pójdziesz o północy? Wysłuchaj chociaż jutrzni. Tak, pomódl się, i z Bogiem. Nie zasnęliśmy już i po tej rozmowie poszliśmy do cerkwi. Całą jutrznię modlił się gorliwie, ze łzami w oczach. Mówił, że tak mu jest lekko i radośnie, i że modlitwę Jezusową odmawia z rozkoszą. Potem podczas liturgii przyjął świętą Komunię, a po obiedzie odprowadziłem go na trakt wiodący do Żytomierza. Pożegnaliśmy się ze łzami, ale pełni radości.