Usłyszawszy to zaproszenie, uznałem to wydarzenie, tak nieoczekiwane, za daną mi przez Bożą Matkę wskazówkę co do dalszej mej drogi. Prosiłem Ją bowiem o skierowanie mnie na drogi dobra, dlatego bez namysłu zgodziłem się.
Wyruszyliśmy następnego dnia w drogę. Szliśmy trzy doby, jak umówiliśmy się, jeden za drugim. Mój towarzysz podróży wciąż czytał książkę, ni dniem, ni nocą nie wypuszczał jej z rąk, a czasem nad czymś rozmyślał. Zatrzymaliśmy się wreszcie, by zjeść obiad. Jadł samotnie, książka leżała przed nim otwarta, zaglądał do niej raz po raz. Zobaczyłem, że książka ta to Ewangelie i powiedziałem - Ośmielę się zapytać, ojczulku, czemu to tak dniem i nocą nie wypuszczasz z rąk Ewangelii, a trzymasz je wciąż i nosisz ze sobą?
- Dlatego - odpowiedział - że prawie zawsze z niej jednej się uczę.
- Czego się pan uczy? - pytałem dalej.
- Chrześcijańskiego życia polegającego na modlitwie. Uważam modlitwę za najważniejszy i niezbędny sposób zbawienia, za pierwszy obowiązek każdego chrześcijanina. Modlitwa to pierwszy stopień, ale i korona życia bogobojnego. Dlatego Ewangelie wciąż nakazują nieustanną modlitwę. Inne sprawy pobożne mają wyznaczony swój czas, ale dla modlitwy każdy czas jest stosowny. Bez niej nic dobrego nie uczynisz, a z kolei bez Ewangelii właściwej modlitwy się nie nauczysz. Dlatego wszyscy, którzy osiągnęli zbawienie drogą życia wewnętrznego, czy byli to święci głosiciele Bożego słowa, czy pustelnicy i samotnicy, a nawet wszyscy bogobojni chrześcijanie, za swoje stałe, ciągłe zajęcie uważali zgłębianie Słowa Bożego, a czytanie Ewangelii było dla nich sprawą zasadniczą. Wielu z nich wciąż miało w swych dłoniach Ewangelie, a tym, którzy prosili ich o pouczenie, dawali taką radę: Siądź w cichej celi i czytaj Ewangelie raz, a potem na nowo.