- Opowiem wam o tym, to niezwykła historia - odpowiedział i zaczął swą opowieść. - Pomyślcie tylko, mój ojciec był Żydem, urodził się w Szkłowie i nie znosił chrześcijan. Od młodych lat szykował się na rabina i pilnie studiował wszystkie europejskie plotki mające chrześcijaństwo ośmieszyć. Zdarzyło mu się kiedyś, że przechodził przez chrześcijański cmentarz. Zobaczył tam czaszkę jakiegoś człowieka, miała ona jeszcze obie szczęki (a w nich szpetne zęby), pewnie wywlekli ją przy okazji kopania nowego grobu. W swojej zawziętości zaczął się nad czaszką znęcać, pluł na nią, wymyślał jej, deptał, a że jeszcze mu to nie wystarczało, wsadził ją na kij, tak jak to się robi z kośćmi zwierząt dla odstraszenia drapieżnych ptaków. Drwił tak, drwił, aż nasycił się wreszcie i poszedł do swego domu. Następnej nocy, akurat zdążył zasnąć, staje przed nim nagle jakiś nieznajomy i zaczepia go z wyrzutem, mówiąc Jak śmiałeś tak sponiewierać śmiertelne szczątki moich kości? Jestem chrześcijaninem, a ty - wrogiem Chrystusa! - Po kilka razy w ciągu nocy powtarzało się to widzenie, pozbawiając go snu i spokoju. Potem nawet w ciągu dnia przemykała mu przed oczami zjawa i słyszał echo słów pełnych wyrzutu. Z czasem widzenia zdarzały mu się coraz częściej, aż wreszcie, czując znużenie, lęk i utratę sił, udał się do swoich rabinów. Odmawiali nad nim modlitwy i dokonywali egzorcyzmów, ale widzenia nie tylko nie ustawały, ale były coraz częstsze i gwałtowniejsze.