ROZDZIAŁ II
W kwadrans później dzwonię do Susłowskich.
Otwiera mi sama Kazia. Jest śliczna... Ma w sobie jeszcze ciepło snu i świeżość poranku, którą przyniosła z ogrodu w fałdach swej perkalowej sukni koloru bladoniebieskiego. Kapelusz, który zdjęła, rozrzucił trochę jej włosy. Twarz jej śmieje się, oczy śmieją się, wilgotne usta śmieją się... Istny poranek. Chwytam je za ręce i poczynam całować aż do łokci, ona zaś pochyla mi się do ucha i pyta:
-A kto lepiej kocha?
Następnie prowadzi mnie za rękę przed oblicze rodziców. Stary Susłowski ma minę Rzymianina, ofiarującego na śmierć pro patria jedyne dziecko; matka roni łzy w kawę, bo oboje siedzą przy kawie. Ale wstają na nasz widok i papa Susłowski przemawia:
-Rozum i obowiązek kazały mi powiedzieć: nie! - ale serce rodzicielskie ma swoje prawa - jeśli to jest słabość, niech mnie za nią Bóg sądzi.
Tu podnosi oczy na dowód, że gotów jest odpowiadać w razie, jeśli trybunał niebieski rozpocznie natychmiast spisywanie protokołu. Nie widziałem w życiu nic bardziej rzymskiego prócz salami i makaronu sprzedawanego na Corso. Chwila jest tak uroczysta, że hipopotam pękłby ze wzruszenia. Uroczystość jej podnosi jeszcze pani Susłowska, rozkładając ręce i mówiąc łzawym głosem: