-A to trzeba wprowadzić u nas chińskie zwyczaje - odzywa się posępnym basem.
-Za pozwoleniem... jak to chińskie zwyczaje?
-Bo w Chinach rodzice mają prawo dusić niedołężne dzieci - to cóż! to trzeba, żeby u nas dzieci miały prawo dusić niedołężnych rodziców.
Stało się! Piorun uderzył, kanapa jęknęła pod ciotkami, a ja zginąłem. Susłowski zamyka oczy, traci na jakiś czas mowę.
Milczenie.
Po czym rozlega się drżący ze zgrozy głos mego przyszłego teścia:
-Mój panie, spodziewam się, że jako chrześcijanin...
-Dlaczegóż ja mam być chrześcijaninem? - przerywa Światecki potrząsając złowrogo głową.
Drugi piorun! Kanapa z ciotkami poczyna dygotać jak w febrze i leci w przepaść... Ja czuję, że pode mną również ziemia się rozstępuje.
Wszystko stracone, cała nadzieja na nic.
Nagle wybucha dźwięczny jak dzwonek śmiech Kazi, za nim wybucha śmiechem, nie wiedząc dlaczego, Jaczkowicz, za Jaczkowiczem wybucham, także nie wiedząc dlaczego... ja.
-Tatku! - woła Kazia. -Władzio uprzedził tatka, że pan Światecki oryginał. Pan Światecki żartuje, a ja wiem, że pan Światecki ma matkę i jest dla niej najlepszym synem!
Śmiech jej i powyższe słowa sprawiają pewną dywersję. Jeszcze większą sprawia wejście służącego z winem i ciastkami. Jest to ten sam stróż, który mi zabrał ostatnie trzy ruble, ale teraz ubrano go we frak i występuje przygodnie jak lokaj. Oczy trzyma utkwione w tacę, szkło brzęczy, on zaś posuwa się tak wolno, jakby niósł szklankę pełną wody.