ROZDZIAŁ XI

Widziałem cud i kwita!
Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego człowiek ma oczy.
Corpo di Baccho! Co za piękność!
Idziemy z Ostrzyńskim. Nagle patrzę, na rogu Wierzbowej mija nas jakaś kobieta. Staję jak wryty, dębieję, kamienieję, otwieram oczy, tracę przytomność, chwytam bezwiednie Ostrzyńskiego za krawat, rozwiązuję Ostrzyńskiemu krawat - i - ratunku, bo ginę!
Co tam, że ona ma doskonałe rysy... Nic rysy! - ale to jest po prostu pomysł artystyczny! Arcydzieło jako rysunek, arcydzieło jako koloryt, arcydzieło jako sentyment. Greuze zmartwychwstałby na jej widok, a następnie powiesiłby się, że takie czupiradła malował.
Patrzę i patrzę... Idzie sama - gdzie tam! idzie z nią poezja, idzie muzyka, idzie wiosna, idzie rozkosz i kochanie. Nie wiem, czybym ją chciał od razu malować, bo wolałbym klęknąć przed nią i całować ją po nogach za to, że się taką urodziła. Czy ja wiem zresztą, czego bym chciał!...
Mija nas sobie, taka pogodna jak dzień letni. Ostrzyński kłania jej się, ale ona go nie widzi... Ja budzę się jak z olśnienia i krzyczę:
-Chodźmy za nią!
-Nie! - powiada Ostrzyński - czyś zwariował? Muszę zawiązać krawat. Dajże pokój! To moja znajoma.
-Twoja znajoma? przedstaw mnie!
-Ani myślę... pilnuj swojej narzeczonej.

WJQZGQM WJJKBGM WJZJXVM WQPVKGM WQPPYJM