Pomimo całej przyjaźni, jaką mam dla Ewy, nie widziałem jej już dawno, więc obaczywszy mnie ucieszyła się bardzo, chociaż miała jakąś dziwną minę, z której nie mogłem sobie zdać sprawy.
-Jak się masz, Władziu - powiada - przecież cię widzę!
Byłem kontent, żem ją zastał.
Miała na sobie szlafroczek turecki w czerwone palmy na śmietankowym tle, z szerokim vieil or obszyciem i rozciętymi rękawami. Szczególniej obszycie pyszniej odbijało od jej bladej cery i fiołkowych oczu. Powiedziałem jej to; była bardzo rada, więc zaraz przystąpiłem do rzeczy.
-Moja złota divo! - mówię - ty znasz panią Kołczanowską, tę cudną Ukrainkę?
-Znam, to moja koleżanka.
-Zaprowadź mnie do niej...
Ewa poczyna trząść główką.
-Moja złota, moja dobra, jak mnie kochasz!
-Nie, Władziu! Nie zaprowadzę cię...
-Widzisz, jakaś niedobra, a ja raz mało nie zakochałem się w tobie!
Co za mimoza z tej Ewy!
Usłyszawszy to mieni się, opiera łokcie na stole (cudo, nie łokcie), bierze w dłonie swoją bladą twarz i pyta:
-Kiedy to było?
Pilno mi mówić o Heli, ale że rzeczywiście małom się raz nie zakochał w Ewie i że obecnie chcę ją wprowadzić w dobry humor, więc zaczynam opowiadanie.
-Było tak... Poszliśmy kiedyś po teatrze do Botanicznego Ogrodu. Pamiętasz, jaka była noc cudna! Siedzieliśmy na ławce koło basenu - powiedziałaś, że chcesz słuchać słowika. Było mi czegoś smutno, zdjąłem kapelusz, bo mnie głowa bolała, a tyś poszła do basenu, umoczyłaś chustkę w wodzie i położyłaś mi ją wraz z ręką na czole. Wydałaś mi się wtedy po prostu tak dobrą jak anioł i pomyślałem sobie: jeśli wezmę tę rękę i położę na niej usta - to przepadło! to się w tobie zakocham na śmierć...