-I co? - pyta cicho Ewa.
-Nagle takeś się szybko odsunęła, jakbyś się czegoś domyślała.
Ewa siedzi czas jakiś w zadumie, po czym budzi się z niej i mówi z nerwowym pośpiechem:
-Nie mówmy o tym, proszę cię...
-Dobrze, nie mówmy o tym... Wiesz, Ewo, nadto cię lubię, żebym miał kiedykolwiek się w tobie zakochać. Jedno wyłącza drugie. Od czasu jakem cię poznał, mam dla ciebie istotne i szczere przywiązanie.
-Ale! - mówi Ewa, jak gdyby idąc za szlakiem własnych myśli - czy prawda, żeś narzeczony?
-Prawda.
-Czemuś mi o tym nie powiedział?
-Bo to było zerwane i naprawiło się tak niedawno! Ale jeżeli zamierzasz mi powiedzieć, że jako narzeczony nie powinienem się poznawać z panią Helą, to ci z góry odpowiadam: pierwej byłem malarzem niż narzeczonym. A przecież o nią się nie boisz.
-Tego sobie nie wyobrażaj. Nie wprowadzę cię do niej, bo nie chcę jej na języki ludzkie podawać. Mówią, że od kilku tygodni pół Warszawy się w tobie kocha; opowiadają niestworzone rzeczy o twoim powodzeniu. Nie dawniej jak wczoraj słyszałam dowcip, żeś z dziesięciu bożych przykazań zrobił sobie jedno - wiesz jakie?
-Jakie?
-"Ni będziesz pożądał żony bliźniego twego... nadaremno..."
-Ty, Boże, widzisz moją nędzę!... ale dowcip dobry.