Grzbiet staje się jeszcze węższy, a co więcej, okruchy zwietrzałych skał usuwają nam się spod nóg...
-Idę na czworakach, bo nie można inaczej! - mówi Światecki.
Rzeczywiście nie można było inaczej, więc opuszczamy się na czworaki i idziemy dalej jak dwa szympansy.
Ale wkrótce pokazuje się, że i to na nic. Grzbiet skalny robi się nie szerszy od końskiego. Światecki siada oklep, ja za nim i opierając się rękoma przed sobą posuwamy się naprzód z nadzwyczajną szkodą naszych szat.
Po niejakim czasie słyszę głos Świateckiego:
-Władek!
-Co takiego?
-Grzbiet się skończył.
-A co dalej?
-Pusto... musi być przepaść.
-Weźże jaki kamień i ciśnij... posłuchamy, czy długo leci.
W ciemności słyszę, jak Światecki maca rękoma, by wynaleźć jaki okruch zwietrzałej skały, a następnie mówi:
-Ciskam... słuchaj!
Nadstawiamy obaj uszu...
Cisza!
-Nie słyszałeś nic?
-Nie!
-Ładnieśmy się wybrali! Musi być ze sto sążni.
-Ciśnij jeszcze raz.
Światecki wynajduje większy okruch, ciska.
Ani odgłosu.
-Cóż tam dna nie ma czy co! - mówi Światecki.
-Trudna rada! Będziemy siedzieli do rana.
I siedzimy. Światecki puszcza jeszcze parę kamieni; wszystko na próżno. Upływa godzina, druga, wreszcie słyszę głos Świateckiego:
-Władek, a nie zdrzemnij się... nie masz papierosa?