-Daj mi pokój z obrazem i z malarstwem! Ale kiedy tak, to dobrze! Otóż zapowiadam ci, że w ciągu trzech dni poznam się z panią Kołczanowską, choćbym miał w przebraniu pójść do niej.
-Przebierz się za ogrodnika i zanieś jej bukiet - od Ostrzyńskiego.
Ale mnie przychodzi w tej chwili zgoła inna myśl, która wydaje mi się tak pyszną, że uderzam się w czoło, zapominam o gniewie, o urazie, którą przed chwilą do Ewy czułem, i wołam:
-Daj słowo, że mnie nie zdradzisz!
-Daję! - mówi rozciekawiona Ewa.
-Dowiedz się więc, że przebiorę się za dida lirnika. Cały kostium i lirę mam, na Ukrainie bywałem, pieśni umiem śpiewać... Pani Kołczanowska jest Ukrainką, zatem przyjmie mnie z pewnością - rozumiesz teraz...
-Co za oryginalny pomysł! - mówi Ewa.
Ale nadto jest artystką, żeby ten pomysł nie miał jej się podobać; zresztą dała słowo, że mnie nie zdradzi - i nie ma nic do zarzucenia.
-Co za oryginalny pomysł! - powtarza. -Hela tak tę swoją Ukrainę kocha, że się chyba rozpłacze, jak tu w Warszawie zobaczy lirnika... Ale co jej powiesz? Jak jej wytłumaczysz, skądeś się wziął tu, nad Wisłą?
Mimo woli zapał mój udziela się Ewie.
Po niejakim czasie siadamy i zaczynamy w najlepsze spiskować...
Staje między nami układ, że ja się ucharakteryzuję, a Ewka przyjedzie po mnie i zabierze mnie do powozu, żebym zbyt nie ściągał na się ciekawości gapiów; pani Hela nie ma wiedzieć o niczym, póki sama Ewka nie zdradzi z czasem tajemnicy.
Oboje z Ewą bawimy się naszym pomysłem doskonale, następnie ja zaczynam całować ją po rękach, następnie ona zatrzymuje mnie na śniadanie.
Wieczór spędzam u Susłowskich.
Kazia jest trochę chmurna, żem nie był rano, ale ja znoszę jak anioł jej humorek, przy czym myślę o jutrzejszej wyprawie i... o Heli.