Radosny pisk rozlega się w przyległym pokoju, drzwi otwierają się nagle i wpada Hela, nie ubrana, w gorsecie, z rozpuszczonymi włosami.
-Did! ślepy did! tu! w Warszawie!
-Nie ślepy! widzi! - woła pośpiesznie Ewa nie chcąc posuwać żartu za daleko.
Ale jest już za późno, bo w tej chwili rzucam się do nóg Heli z okrzykiem:
-Cheruwyme bożij!
I obejmuję rękoma jej stopy, a jednocześnie podnosząc oczy spostrzegam nieco dalszy kształt tych nóżek. Narody, klękajcie! Ludy, przychodźcie z trybularzami. Milońska! zupełna Milońska!
-Cheruwyme! - powtarzam z niekłamanym uniesieniem.
Mój dziadowski zapał tłumaczy się zresztą tym, że po długiej mandriwce spotkałem pierwszą damę ukraińską. Mimo to Hela wysuwa stopy z moich rąk i cofa się... Przez mgnienie oka widzę jeszcze jej nagie ramiona i szyję, które przypominają mi Psyche z neapolitańskiego muzeum - po czym niknie za drzwiami, ja zaś zostaję klęcząc na środku pokoju.
Ewuś jednocześnie grozi mi parasolką i śmieje się chowając swój różowy nosek w bukiet rezedy.
Tymczasem przez drzwi zaczyna się rozmowa w najpiękniejszym dialekcie, jakim kiedykolwiek mówiono od ujścia Prypeci do Czertomeliku.
Przygotowałem się z góry na wszelkie możliwe pytania, więc kłamię jak z nut... Jestem "pasiecznik" spod Czehryna. Córka moja "pomandrowała" za Laszkiem do Warszawy, a ja stary tużył taj tużył na pasiece, póki sam za nią nie "pomandrował". Dobrzy ludzie hroszi dawali za to, że im śpiewał... A teraz co? Ot, ujrzę detynu myłeńkuju, pobłogosławię, taj wrócę, bo i za Ukrainą matką tęskno. Tam mi zamrzeć między ulami. Każdy musi umrzeć, a staremu Fyłypowi czas od dawna...