Spostrzegam, że tworzy się zupełnie ładny obraz: ogród, głębia drzew, plamy słoneczne, fontanna, te dwie kobiety o twarzach niepospolicie pięknych, wsparte jedna na drugiej, i ja, did siedzący z lirą pod murem, wszystko to ma w sobie jakiś urok, który jako malarz odczuwam.
Zapominam poniekąd o swojej roli i zaczynam śpiewać z przejęciem:
"Każut lude, szczom szczastływa,
Ja z toho śmijusia,
Bo ne znajut, jak ja czasto
Słezami zaljusia!
Neszczastływa rodyłasia,
Neszczastływa zhynu,
Czom ty rodyła mene, maty,
W takuju hodynu!"
Ewa przejmuje się, bo jest artystką, Hela - bo jest Ukrainką, a ja - bo obie są tak piękne, że mnie ich widok upaja.
Hela słucha bez żadnej przesady, bez sztucznych uniesień, ale w jej przezroczystych oczach widzę, że słuchanie sprawia jej istotną i szczerą przyjemność.
Co za różnica od tych Ukrainek, które przyjeżdżają do Warszawy na karnawał i w czasie kontredansa piłują tancerzów swoją tęsknotą po Ukrainie, a naprawdę, jak powiada jeden z moich znajomych: hakami by się nie dała żadna wyciągnąć z Warszawy i karnawału na swoją Ukrainę!
Hela słucha, porusza w takt swą wytworną głową, czasem odzywa się do Ewki: "To znam" i śpiewa razem ze mną, ja zaś przechodzę sam siebie. Wyrzucam z pamięci i piersi cały zapas stepowego materiału, zacząwszy od hetmaniw, łycariw i kozakiw, a skończywszy na sokołach, Soniach, Marusiach, stepach, kurhanach i Bóg wie nie czym. Sam się dziwię, skąd mi się tyle tego nabrało.
Czas przeszedł jak sen.
Wróciłem zmęczony nieco, ale upojony...