-Mniej więcej, mniej więcej!
Pan Susłowski oświadcza, że wolałby znaleźć u mnie nieco więcej porządku i spodziewa się pod tym względem zmian w przyszłości. Mam ochotę rozbić mu na głowie moją lirę. Kazia tymczasem uśmiecha się z kokieterią i mówi:
-Jest jeden pan malarz - wielkie nic dobrego! u którego będzie inaczej, niech tylko ja wezmę się do roboty... wszystko zostanie porządnie ułożone, ustawione, odkurzone...
Tak mówiąc podnosi do góry swój zadarty nosek, patrzy na festony pajęczyny zdobiące kąty naszej pracowni - i dodaje:
-Bo to nawet i kupca może zrazić taki nieład... Przychodzi ktoś i od razu znajduje się jakby na tandecie. Ot na przykład ta zbroja: strach, jaka zardzewiała! A tymczasem: zawołać służącej, kazać jej utłuc trochę cegły - i wszystko zacznie się świecić jak nowy samowar.
Jezus, Maria! Ona mówi o kupcach i chce czyścić cegłą moje kolczugi, wydobyte z mogił... Ach, Kaziu, Kaziu!
Susłowski, uszczęśliwiony, całuje ją w czoło, a Światecki wydaje jakieś złowrogie dźwięki, przypominające chrząkanie dzika.
Kazia grozi mi paluszkiem na nosie i mówi dalej:
-Proszę sobie zapamiętać, że wszystko się zmieni.
Potem zaś kończy:
-A jeśli pewien pan nie przyjdzie dziś do nas na wieczór, to będzie brzydki i nie będą go kochali.