Przychodzi mi na myśl, żeby naradzić się z Ewą. Ona dziś gra... Polecę do teatru i zobaczę się z nią po końcu sztuki.
Jeszcze czas...
W pół godziny później jestem w jej garderobie.
Ewa zaraz skończy; tymczasem rozglądam się wkoło.
Teatry nasze nie odznaczają się, jak wiadomo, przepychem urządzeń. Komora o bielonych ścianach, dwa płomyki gazu chwiejące się od przeciągu, lustro, umywalnia, kilka krzeseł, w jednym kącie szezlong stanowiący prawdopodobnie prywatną własność divy - oto jej garderoba... Przed lustrem mnóstwo przyborów toaletowych, filiżanka nie dopitej czarnej kawy, puszki z różem i bielidłem, ołówki do brwi, kilka par rękawiczek zachowujących jeszcze kształt ręki, wśród nich dwa sztuczne warkocze; na bocznej ścianie pęk sukien białych, różowych, ciemnych, lekkich i ciężkich; na ziemi stoją dwa kosze pełne kobiecych przyborów. Izba zapełniona zapachem oryzy i pudru. Co za pstrocizna wszędzie! Jak tu wszystko rozrzucone z pośpiechem! Ile kolorów, ile odbłysków, ile cienia, ile gry światła z powodu chwiejności gazowych płomieni.
Jest to swego rodzaju obraz, jest w tym charakter... Ostatecznie nie ma tu przecie nic więcej jak w zwykłej gotowalni kobiecej, a jednak istnieje coś, co sprawia, że ta izba nie czyni wrażenia gotowalni, ale jakiegoś przybytku, jest jakiś urok, czar... Nad tym nieładem, pstrocizną, pośpiechem, wśród tych odrapanych ścian unosi się tchnienie sztuki.