ROZDZIAŁ XVII
Nazajutrz już o dziesiątej rano chcę lecieć do Ewy, ale nie ma sposobu, bo mam gości.
Przychodzi baron Kartofler i zamawia duplikat moich Żydów. Daje mi tysiąc pięćset rubli, ja chcę dwa tysiące. Na tym staje.
Po jego odejściu otrzymuję zamówienie na dwa portrety od Tanzenberga. Światecki, który jest antysemitą, wymyśla mi od żydowskich malarzy, ale ciekawym, kto u nas kupuje dzieła sztuki, jeśli nie "finanse"? jeżeli zaś "finanse" boją się "truposzów" Świateckiego, to nie moja wina.
Jestem u Ewy dopiero o godzinie pierwszej, oddaję jej pierścionek i zapowiadam, że po ślubie wyjeżdżamy do Rzymu.
Ewuś zgadza się z radością i - o ileśmy wczoraj oboje milczeli, o tyle dziś gadamy jedno przez drugie...
Opowiadam jej o zamówieniach, jakie dostałem, i cieszymy się wspólnie. Portrety muszę skończyć przed wyjazdem, a Żydów dla Kartoflera będę malował w Rzymie. Potem wrócimy do Warszawy, urządzę pracownię i będziemy żyli jak w niebie...
Tworząc te projekty zapowiadam Ewie, że przez całe życie będziemy obchodzili jako święto datę dnia wczorajszego...
Ale ona chowa mi główkę na ramieniu i prosi, żebym o tym nie mówił. Następnie obwija mi szyję rozciętymi rękawami szlafroczka i nazywa mnie swoim wielkim człowiekiem... Jest bledsza niż zwykle, oczy ma więcej fiołkowe niż zwykle, ale promienieje od radości.