Tymczasem zachwycano się nowo przybyłymi - na koszt owej praczki, która uciekła na statku wielorybim.
-By God! - mówił Henry Rows, młody drwal z lasów dębowych - zawsze mówiłem, że tamta była "humbug".
-A jednak oświadczyłeś się jej - odparł milioner Maria.
-Bo wszyscy to robili. Zresztą byłbym ją wziął do lasu. Ale co to za porównanie! Teraz, gdym zobaczył tę "lady" z jasnymi włosami, to zaraz tak mi się coś zrobiło w piersiach, jakbym się napił gorącego grogu. To nie żaden "humbug!"...
-Well! Well! - odpowiedzieli inni.
-Dżentelmenowie - mówił Rows - niech mnie powieszą, jeśli nie zgodzę się do niej na woźnicę, choćbym miał darmo poganiać muły do śmierci.
-Uspokój się, Rows! - zauważył stary górnik.
-Chcę być potępionym, jeśli się uspokoję. Na tę rękę! Nie uspokoję się, póki tchu w nozdrzach moich i póki się nie dowiem, jak jej na imię i czy tu zostanie. Good bye! Idę zaraz dowiedzieć się czegoś na pewno.
To rzekłszy młody drwal pomacał instynktownie, czy nóż łatwo wychodzi z pochwy - i wyszedł. Tymczasem starsi i bogatsi górnicy, którzy całą duszą sprzyjali lynchowi, poczęli rozważać rzecz z innej strony. Gdyby te kobiety zostały w mieście, łatwiej by było utrzymać w nim porządek i bezpieczeństwo. Prawdopodobnie jedno słowo jasnowłosej "lady" wiodłoby za sobą roje dżentelmenów i nieznośne życie bez pewności posiadania i bez jutra mogłoby się skończyć raz na zawsze.