-Uspokój się, Rows - rzekł z flegmą stary górnik.
-Well - mówił Rows - nasza panna pyta mnie wtedy, kto jestem i czego potrzebuję. Ale, gdym na nią spojrzał, by God! takich oczów, jak żyję, nie widziałem i stawiam zaraz sto dolarów przeciw dziesięciu, że nikt nie widział ani w New Yorku, ani w Filadelfii. Chcę się zapaść, jeśli na całym Wschodzie jest jedna taka kobieta. Trzymam dwieście dolarów, trzymam trzysta...
-Uspokój się, Rows!...
-Gdy tak do mnie ozwała się głosem słodszym od śpiewu maukawisa, tak mnie coś zaczęło ściskać w dołku, jakbym trzy dni nie jadł. Mówię tedy: beg your pardon..., ale więcej nie mogłem. Ona uśmiechnęła się jak anioł i prosiła mnie do pokoju.
-I byłeś?
-Byłem: nie śmiałem usiąść. Tak mi było głupio, jak gdyby mnie skalpowano, ale nareszcie powiedziałem, żem przyszedł się dowiedzieć, kto ona jest. Niech jej Bóg błogosławi!
-A ona co?
-Ona na to: powiedz, sir, dżentelmenom, swoim kolegom, że nazywam się Mary Monteray; jestem rodem z Luizjany i przybywam tu z mymi przyjaciółmi żyć pod ich opieką.
-Pod naszą opieką?
-Tak! Potem uścisnęła moją rękę. Jak mnie tu widzicie, tak ją uścisnęła swoją małą, bieluchną, błogosławioną rączką... By God! I powiedziała, że nas szanuje...
Tu Rows nie mógł już więcej mówić ze wzruszenia. Inni ściskali z namaszczeniem jego żylastą, przywykłą do siekiery dłoń; on zaś stał przez chwilę w milczeniu: nareszcie nie mógł wytrzymać dłużej, wskoczył na stół, zadarł głowę do góry, otworzył usta i ryknął:
-Hurra dla miss Monteray!
-Hip! hip! hurra dla miss Monteray! - odpowiedziało sto głosów.
-Hurra dla naszej panienki!...
-Dla naszego dziecka!
-Dla naszej słodkiej!...
Posypały się oklaski, mowy, okrzyki... W pół godziny później postanowiono iść razem z deputacją do panny Monteray.
Ciemna przed chwilą ulica zajaśniała od zapalonych pęków ostrużyn i łoziny, przy tych zaś blaskach widać było na kształt węża szereg górników i drwali, posuwających się z wolna ku domowi jenerała Suttera.