Owe granity stanowiły naokół jakoby mury oddzielające podobną do amfiteatru dolinę od reszty świata, za nimi zaś szumiał bór czarnych dębów i drzew żelaznych.
Lekki mostek z czerwonego drzewa, rzucony przez strumień, łączył obydwa domy. Było to ulubione miejsce Mary, na którym spędzała zwykle ranki, czytając albo ucząc małą Nelly. Czasem Mary wpatrywała się także z tego mostu w dal strumienia, który zdawał się biegnąć w jakąś krainę zupełnie tajemniczą. Bo też głębie leśne były jeszcze naówczas tajemnicą. Wówczas Mary opowiadała niewidomej Nelly o tych cudach, które je otaczały, dziecko zaś zarzucało ją coraz nowymi pytaniami.
Niestety! pojęcia barw i kształtów nie istniały prawie w tym dziecinnym umyśle, toteż Nelly wyrażała się czasem w ten sposób:
-Strumień, Mary, jest smutny, bo płacze, to ja słyszę dobrze; las także smutny i pewno stary; ale jakie są kwiaty i niebo, tego wcale nie wiem.
Mary tłumaczyła jej, jak mogła, ale dziecko kończyło zwykle:
-Nie rozumiem, Mary, moja słodka, nie rozumiem.
Po chwili jednak dodawała:
-Ale tu jest bardzo dobrze.
Jakoż było dobrze. Wątłe jej piersi odżywiało powietrze balsamiczne, a suche i ciepłe, którego łagodny powiew całował twarz dziewczynki; z dala dochodziły monotonne, ale dźwięczne śpiewy Murzynów, których doglądał jej ojciec... Wierzby szeptały coś słodko między liśćmi, roje wielkich błękitnych motylów unosiły się nad dwiema jasnymi głowami kobiet.