-Co się stało pytał Taller.
-Przenieście co prędzej do domu tego dżentelmena! - wołała Mary.
Nazajutrz chory był bez przytomności. Sprowadzono doktora z Sacramento.
Doktór, który dość już dawno porzucił medycynę dla kopania złota i który rzadko kiedy bywał trzeźwym, na tyle przynajmniej pamiętał swoją sztukę, iż poznał, że stan chorego był wielce niebezpieczny.
Poznał jednak chorego pierwej jeszcze niż chorobę. Spojrzawszy na bladą, brodatą i pokrwawioną twarz, wykrzyknął od razu:
-Well! to jest Rows...
Potem schyliwszy się ku rannemu, który ledwie oddychał, mówił:
-Rows! mój przyjacielu! mówiono, że niedźwiedź zabił cię przed pół rokiem, a on potarmosił cię dopiero wczoraj. Well! well! Sądzę, że piersi masz trochę zgniecione... żebro złamane... obojczyk złamany... ale zresztą all right! Jeśli umrzesz, to z ujścia krwi i z wycieńczenia... a! i ręka zwichnięta. Poczęstował cię szczerze... ile dałeś mu pchnięć nożem? co?... chłopcze!...
Rows nie wiedział o świecie bożym, dlatego nie mógł odpowiadać na pytania doktora. Ten mówił dalej:
-Ech! panno Monteray, sądzę, że ten chłopak był zakochany w pani! Inaczej byłby sobie powiedział: to nie mój business.
Doktór zamyślił się przez chwilę: