Był to pierwszy związek społeczny w tym kraju.
Życie ich było nadzwyczaj pracowite, ale też do tego rodzaju pracy garnęli się tylko atleci.
Siekiera większych jeszcze wymagała sił niż kilof i taczka. Praca ich składała się z rąbania drzew i walki z Indianami. Na okrzyk "Indians!" rzucali topory, a chwytali za karabiny. Zresztą bynajmniej nie byli barankami: skalpowali tak dobrze Indian, jak Indianie ich. W mieście odróżniano ich także po skrwawionych czuprynach, które zawieszali u pasa.
Wygubili oni całkowicie pokolenie Wężów, Soussonów zaś wyparli na tamtą stronę Sierry. Zaczepieni przez kogokolwiek, stawali się straszni. Raz ulica Minerów była świadkiem formalnej bitwy między nimi a górnikami, w której zginęło stu dwudziestu ludzi. Z początku byli biedni i żyli jak Indianie; sypiali bowiem pod gołym niebem w lesie, a żywili się mięsem pieczonym w popiele lub w glinie. Ale następnie, wobec coraz większego zapotrzebowania desek w Sacramento, "artel" zaczął robić doskonałe interesy, członkowie zaś jego stali się ludźmi bogatymi. W ogóle rzeczy ułożyły się w ten sposób, że najmniej złota mieli ci, co go wydobywali najwięcej, tj. górnicy. Z czasem drwale pobudowali sobie domy bądź to pojedynczo w lasach, bądź w bliskim sąsiedztwie, skąd powstały nawet nowe osady, jak np. Lathrop, miejscowość wydarta - w ścisłym znaczeniu tego wyrazu - szarym niedźwiedziom. W osadach tych zaczęło im się dobrze wieść, skutkiem czego zaczęło im zależeć na tym, by każdy pewnym był swej własności i życia.
W ten sposób z chaosu wyłaniała się z wolna potrzeba urządzeń i zorganizowania życia.
Między górnikami chaos jednak nie ustawał, a nawet zwiększał się z powodu przybywania coraz nowych fal awanturników.