Pan Longinus zasępił się, bo z duszy życzył sobie dotrzeć do księcia, zobaczyć dwór i szczególniej jedną małą osóbkę na tym dworze.
Zagłoba począł mrugać znacząco na Wołodyjowskiego.
- A taki do Krakowa pojadę - rzekł po chwili namysłu Litwin. - Kazali mnie list oddać, to oddam.
- Chodźmy do izby, każemy sobie piwa zagrzać - rzekł Zagłoba.
- A wy gdzie jedziecie? - pytał po drodze Longinus.
- Do Zamościa, do Skrzetuskiego.
- Porucznika nie ma w Zamościu.
- Masz babo placek! Gdzież on jest?
- Koło Choroszczyna gdzieś, gromi kupy swawolne. Chmielnicki cofnął się, ale jego pułkownicy po drodze palą, rabują i ścinają. Na tych starosta wałecki odkomenderował pana Jakuba Regowskiego, żeby ich znosił...
- I Skrzetuski jest z nim także?
- Takoż. Ale oni osobno chodzą, bo wielkie są między nimi emulacje, o których waszmościom później opowiem.
Tymczasem weszli do izby. Zagłoba kazał zagrzać trzy garnce piwa, po czym zbliżywszy się do stołu, za którym Wołodyjowski z panem Longinem już zasiedli, rzekł:
- Bo waćpan, panie Podbipięta, nie wiesz największej i szczęśliwej nowiny, żeśmy z panem Michałem Bohuna na śmierć usiekli.
Litwin aż się z ławy podniósł.
- Braciaż wy rodzeni, możeż to być?