- Proś go waćpan o jedną, proś o jedną, a dobrą - przerwał Zagłoba.
- A waćpan zawsze taki sam!... słuchać hadko - rzekł Litwin. - Myśleliśmy tedy, że nie będą szturmowali, oni tymczasem, jako to szaleni w swej zatwardziałości, zaraz wzięli się do budowania machin, a potem nuż szturmować! Pokazało się później, że Chmielnicki sam nie chciał, ale Czarnota, ich oboźny, wziął na niego napadać i mówić, że to go tchórz obleciał - że już z Lachami myśli się bratać - więc Chmielnicki pozwolił i pierwszego Czarnotę posłał. Co się działo, braciaszki, tego ja wam nie wypowiem. Świata zza dymu i zza ognia nie było widać. Poszli z początku odważnie, zasypali fosę, darli się na mury; aleśmy im tak przygrzeli, że potem i od murów, i od własnych machin pouciekali; dopiero wypadliśmy za nimi w cztery chorągwie i narżnęliśmy jak bydła.
Wołodyjowski zatarł ręce.
- Uch! żałuję, żem nie był na tym festynie - wykrzyknął z uniesieniem.
- I ja byłbym się tam przydał - rzekł ze spokojną pewnością Zagłoba.
- A już wtedy najwięcej dokazywali pan Skrzetuski i pan Jakub Regowski - mówił dalej Litwin - obaj wielcy kawalerowie, ale zgoła sobie nieprzyjaźni. Zwłaszcza pan Regowski krzywił się na Skrzetuskiego i byłby niezawodnie szukał okazji, gdyby nie to, że pan Weyher pod gardłem zabronił pojedynków. Nie rozumieliśmy z początku, o co panu Regowskiemu chodzi, aż i wyszło na wierzch, że to krewny pana Łaszcza, którego książę z powodu pana Skrzetuskiego, jak pamiętacie, z obozu wypędził. Stąd złość w Regokim do księcia, do nas wszystkich, a zwłaszcza do porucznika, stąd i emulacja między nimi, która obu w tym oblężeniu wielką sławą okryła, bo się jeden nad drugiego wysadzał. Obaj byli pierwsi i na murach, i w wycieczkach, aż wreszcie sprzykrzyło się Chmielnickiemu szturmować i regularne rozpoczął oblężenie nie zaniedbując przy tym i fortelów, które by go do zdobycia miasta mogły doprowadzić.
- Tyle samo on albo i więcej ufa w chytrość! - rzekł Zagłoba.
- Szalony człowiek, a przy tym i obscurus - mówił dalej Podbipięta - sądził, że pan Weyher jest Niemiec, widać nie słyszał o wojewodach pomorskich tego nazwiska, bo napisał list chcąc starostę do zdrady namówić, jako cudzoziemca i jurgieltnika... Dopieroż mu pan Weyher odpisał, co zacz jest i jako się źle z pokusą do niego wybrał. Ten list, żeby to pokazać lepiej swój walor, chciał koniecznie starosta przez kogoś znaczniejszego, nie przez trębacza wysłać, a że to się jak na zgubę między tak dzikie bestie idzie, nie było chętnych między towarzystwem. Inni się też na godność oglądali, więc ja się podjąłem - i tu słuchajcie, bo co najciekawsze, to się dopiero zaczyna.
- Słuchamy pilnie - rzekli dwaj przyjaciele.
- Pojechałem tedy i zastałem hetmana pijanego. Przyjął mnie jadowicie, zwłaszcza gdy list przeczytał, i buławą groził - a ja polecając pokornie duszę Bogu, tak sobie wszystko myślałem: już też jeśli mnie tknie, tak mu pięścią głowę rozbiję. Co było robić, braciaszki kochane - co?
- Zacnie to było ze strony waćpana tak myśleć - rzekł z pewnym rozrzewnieniem Zagłoba.
- Ale go pułkownicy mitygowali i drogę mu do mnie zagradzali - mówił pan Longinus - a najbardziej jeden młody, tak śmiały, że go wpół brał i odciągał mówiąc: "Nie pójdziesz, batku, upiłeś się." Patrzę ja, kto mnie tak broni, i dziwię się jego śmiałości, że taki z Chmielnickim konfident - aż to Bohun.
- Bohun? - wykrzyknęli Wołodyjowski i Zagłoba.
- Tak jest. Poznałem go, bom go w Rozłogach widział - i on mnie takoż. Słyszę, mówi do Chmielnickiego: "To mój znajomy." A Chmielnicki, jako to prędka u pijaków rezolucja, odpowiada: "Kiedy on twój znajomy, synku, tak dać jemu pięćdziesiąt talarów, a ja dam respons." I dał mi respons, a co do talarów, rzekłem, by bestii nie drażnić, żeby je dla hajduków schował, bo nie moda towarzyszowi musztuluków brać. Odprawili mnie z namiotu dość uczciwie, ale ledwom wyszedł, przychodzi do mnie Bohun: "My się w Rozłogach widzieli" - mówi. "Tak jest (rzekę), jenom się wtedy nie spodziewał, braciaszku, że cię w tym obozie ujrzę." - A on na to: "Nie własna wola, ale nieszczęście zagnało!" W rozmowie powiedziałem mu, jakeśmy to jego za Jarmolińcami pobili. "Jam nie wiedział, z kim mam do czynienia (rzekł mi na to), i w rękę byłem zacięty, a ludzi miałem do niczego, bo myśleli, że to sam kniaź Jarema ich bije." - "I myśmy nie wiedzieli (powiadam), bo żeby pan Skrzetuski wiedział, że to ty, tedyby jeden z was już nie żył."
- Pewnie by tak było, ale cóż on na to? - pytał Wołodyjowski.

WQYBPYM WQGGYVM WQGVYQM WQKPPPM WQKJVBM   Pozycjonowanie Stron | Konwenty | Tusze Tonery | Zarabianie przez Internet | Fartuchy