- Bohuna nie ma już na świecie - rzekł Zagłoba.
- Jak to?
Pan Zagłoba opowiedział po raz trzeci czy czwarty wszystko, jak było, bo opowiadał to zawsze z przyjemnością; Wierszułł również, jak pan Longinus, nie mógł się wydziwić zdarzeniu, na koniec rzekł:
- To Skrzetuskiemu będzie łatwiej.
- W tym rzecz, czy jÄ… odnajdzie. A ludzi ze sobÄ… wziÄ…Å‚ jakowych?
- Nikogo, sam pojechał z jednym Rusinkiem pacholikiem i z trzema końmi.
- To już roztropnie postąpił, bo tam tylko fortelami trzeba radzić. Do Kamieńca można by może z chorągiewką dojść, ale już w Uszycy i w Mohylowie pewno stoją Kozacy, bo tam zimowniki dobre, a w Jampolu ich gniazdo; trzeba tam iść albo z całą dywizją, albo samemu.
- A skądże waćpan wiesz, że on w tamtą właśnie stronę się udał? - pytał Wierszułł.
- Bo ona tam ukryta za Jampolem i o tym on wiedział, ale tam jarów, zapadlin, komyszy tyle, że choć i wiedząc dobrze miejsce, trudno trafić, cóż dopiero nie wiedząc! Jeździłem ja za końmi i na sądy do Jahorlika, to wiem. Żebyśmy byli razem, może by łatwiej poszło, ale jemu samemu, wątpię, wątpię... chybaby mu przypadek jakowy drogę wskazał, bo i pytać się nie będzie mógł.
- To waszmościowie chcieliście z nim jechać?
- Tak jest. Ale cóż teraz poczniemy, panie Michale! Jechać za nim czy nie jechać?
- Na waszmościn przemysł to zdaję.
- Hum! dziesięć dni, jak pojechał, nie dognamy i - co więcej - kazał czekać na siebie. Bóg też wie, jaką drogą pojechał? Mógł na Płoskirów i Bar, jako stary trakt idzie, a mógł na Kamieniec Podolski. Ciężka tu jest sprawa.
- Pamiętaj przy tym waszmość - rzekł Wierszułł - że są tylko supozycje, ale pewności nie masz, że po kniaziównę pojechał.
- Otóż to, otóż to! - rzekł Zagłoba. - Nuż ruszył tylko dlatego, by języka gdzie zasięgnąć, i potem wróci do Zbaraża, bo to przecie wiedział, że mamy iść razem, i mógł się nas teraz spodziewać, jako w najlepszy czas. Ciężka to jest deliberacja.