- Posłowałem nieraz do Tatar - mówił pan chorąży nowogrodzki - ale takiego posłowania nie zaznałem póki życia. Więcej w naszych osobach Rzeczpospolita kontemptu doznaje, niż pod Korsuniem i Piławcami doznała. Mówię też waszmościom: wracajmy, bo o układach nie ma co i myśleć.
- Wracajmy - powtórzył jak echo pan Brzozowski, kasztelan kijowski. - Nie może pokój stanąć, niech będzie wojna.
Kisiel podniósł powieki i utkwił szklane oczy w kasztelanie.
- Żółte Wody, Korsuń, Piławce! - rzekł głucho.
I umilkł, a za nim umilkli wszyscy -jeno pan Kulczyński, skarbnik kijowski, począł odmawiać głośno różaniec, a pan łowczy Krzetowski za głowę się obu rękoma chwycił i powtarzał:
- Co za czasy? co za czasy! Boże, zmiłuj się nad nami.
Wtem drzwi się otwarły i Bryszowski, kapitan dragonów biskupa poznańskiego, dowodzący konwojem, wszedł do izby.
- Jaśnie wielmożny wojewodo - rzekł - jakiś Kozak pragnie widzieć ichmość panów komisarzy.
- Dobrze - odrzekł Kisiel - a czerń rozeszła się już?
- Poszli; obiecali jutro wrócić.
- Bardzo nacierali?
- Okrutnie, ale Kozacy Dońca zabili ich kilkunastu. Jutro obiecali nas spalić.
- Dobrze, niech ten Kozak wejdzie.
Po chwili drzwi się otwarły i jakaś wysoka, czarnobroda postać stanęła w progu izby.
- Kto jesteś? - pytał Kisiel.