- Na Boga! - wykrzyknął - toż ja ci najważniejszej rzeczy nie mówię. Słyszałem, że Bohun zabit.
Skrzetuski pobladł.
- Jak to? - rzekł. - Kto to powiadał?
- Ów szlachcic, który to raz już kniaziównę ocalił, co to pod Konstantynowem tyle dokazywał, ten mnie mówił. Spotkałem go, gdy do Zamościa jechał. Minęliśmy się w drodze. Ledwiem go spytał: "Co słychać?" - odpowiedział mi, że Bohun zabit. Pytam: "A kto go zabił?" - odpowie: "Ja!" - Na tymeśmy się rozjechali.
Płomień, który rozpalił się w twarzy Skrzetuskiego, zgasł nagle.
- Ten szlachcic - rzekł - rad klimkiem rzuci. Jemu nie można wierzyć. Nie! nie! Nie byłby on w stanie zabić Bohuna.
- A tyżeś się nie widział z nim, panie Janie? Bo i to sobie przypominam, że mówił mi, iż do ciebie, do Zamościa jedzie.
- W Zamościu nie doczekałem się go. Musi on być teraz w Zbarażu, ale mnie pilno było komisję dogonić, więcem z Kamieńca nie na Zbaraż wracał i nie widziałem go wcale. Bóg jeden raczy wiedzieć, czy i to prawda, co on mnie w swoim czasie o niej powiadał, co jakoby podsłuchał w niewoli u Bohuna będąc, że za Jampolem ją ukrył, a potem miał ją do Kijowa na ślub wieźć. Może i to nieprawda, jako i wszystko, co Zagłoba mówił.
- Po cóż tedy do Kijowa jedziesz?
Skrzetuski zamilkł - przez chwilę słychać było tylko świst i wycie wiatru.
- Bo... - rzekł łowczy przykładając palec do czoła - bo jeśli Bohun nie zabit, to możesz snadnie wpaść mu w ręce.
- Po to ja i jadę, by jego znaleźć - odparł głucho Skrzetuski.
- Jak to?
- Niechże będzie sąd boży między nami.
- Aleć on do walki z tobą nie stanie, jeno po prostu weźmie cię w łyka i żywota zbawi lub Tatarom zaprzeda.