- Ja ciebie w Łubniach znał, ty kniazia Jaremy łycar - odpowiedział pułkownik. - My w Łubniach pili razem i hulali. A co twój kniaź porabia?
- Zdrów.
- Na wiosnę nie będzie on zdrów. Oni się z Chmielnickim jeszcze nie spotkali, ale się spotkają i musi jednemu pójść na pohybel.
- Komu Bóg przysądzi.
- No, Bóg na naszego bat'ka Chmiela łaskaw. Już twój kniaź na Zadnieprze, na swój tatarski brzeg, nie wróci. U Chmielnickiego bohato mołojców - a u kniazia co? Szczery on żołnir - ale i nasz bat'ko Chmielnicki szczery żołnir. A ty już nie u kniazia w chorągwi?
- Z komisarzami jadę.
- No, ja rad, że ty stary znajomy.
- Jeśliś ty rad, tak ty mnie przysługę oddaj, a ja ci wdzięczen będę.
- Jaką przysługę?
- Powiedz ty mi, gdzie jest Bohun, ten sławny ataman, dawniej z perejasławskiego pułku, któren dziś musi już między wami wyższą pewnie mieć szarżę.
- Milcz! - odpowiedział groźnie Jaszewski. - Szczęście twoje, że my starzy znajomi i że ja pił z tobą, bo inaczej już by ja ciebie tym oto buzdyganem na śniegu rozciągnął.
Skrzetuski spojrzał na niego zdumiony, ale jako był człowiek prędkiej rezolucji, więc buławę w ręku ścisnął.
- Czyś oszalał?
- Nie oszalał ja ani ci nie chcę grozić, jeno taki jest rozkaz Chmiela, iż jeśliby ktokolwiek z was, choćby który z komisarzy, o co spytał - żeby go na miejscu ubić. Nie uczynię ja tego, to inny uczyni, dlatego ostrzegam cię z życzliwości.
- Toż ja w swojej prywatnej sprawie pytam.