Komisarze milczeli, jeno jadło i napój wydawały im się coraz bardziej gorzkie.
- Pokornie proszę, jedzcie i pijcie - rzekł Chmielnicki - bo będę myślał, że nasza prosta strawa kozacka przez wasze pańskie gardła przejść nie chce.
- Jeśli mają za ciasne, tak może by im poprzerzynać! - zawołał Dziedziała.
Pułkownicy, podochoceni już mocno, wybuchnęli śmiechem, ale Chmielnicki spojrzał groźnie i uciszyło się znowu.
Kisiel, schorzały od kilku dni, blady był jak giezło, Brzozowski tak czerwony, iż zdawało się, że mu krew tryśnie z twarzy.
Na koniec nie wytrzymał i huknął:
- Zaliśmy tu na obiad czy na zniewagi przyszli?
Na to Chmielnicki:
- Wy na traktaty przyjechali, a tymczasem litewskie wojska palą i ścinają. Mozyr i Turów mi wysiekli, co jeśli się sprawdzi, tedy czterystu jeńcom w oczach waszych szyje uciąć każę.
Brzozowski pohamował krew jeszcze przed chwilą kipiącą. Tak było! życie jeńców zależało od humoru hetmana, od jednego mrugnięcia jego oka, więc trzeba było wszystko znosić i jeszcze łagodzić jego wybuchy, by go ad mitiorem et saniorem mentem doprowadzić.
W tym duchu karmelita Łętowski, z natury łagodny i bojaźliwy, ozwał się cichym głosem:
- Bóg łaskawy da, że mogą się te nowiny z Litwy o Turowie i Mozyrze odmienić.
Ale zaledwie skończył, Fedor Wieśniak, pułkownik czerkaski, przechylił się i buławą machnął chcąc karmelitę w kark grzmotnąć; na szczęście nie dosięgnął, bo ich czterech innych biesiadników przedzielało, ale natomiast zakrzyknął:
- Mowczy, pope! ne twoje diło brechniu meni zadawaty! Chody no na dwir, nauczu ja tebe pułkownikiw zaporoskich szanowaty!
Inni wszelako porwali się go hamować, a nie mogąc tego dokazać, wyrzucili go za łeb z izby.