Zagłoba krzyknął na pachołka, kazał podać miodu i mięsiwa i zasiedli do wieczerzy. Zachar jadł smaczno, bo był zdrożony i głodny; następnie zanurzył chciwie siwe wąsy w ciemnym płynie, wypił, posmakował i rzekł:
- Sławny miód.
- Lepszy jak krew, którą pijecie - rzekł Zagłoba. - Ale tak myślę, że wy uczciwy człek i pana Skrzetuskiego miłujący, nie pójdziecie więcej do buntu, jeno zostaniecie tu z nami? Już wam tu będzie dobrze.
Zachar podniósł głowę.
- Ja pyśmo widdaw, tak i pójdę; ja Kozak - mnie z Kozakami, nie z Lachami się bratać.
- I będziecie nas bili?
- A budu. Ja siczowy Kozak. My sobie Chmielnickiego bat'ka hetmanem obrali, a teraz korol jemu buławę i chorągiew przysłał.
- Ot, masz! panie Michale - rzekł Zagłoba - nie mówiłem, żeby protestować?
- A z jakiego wy kurzenia?
- Z mirhorodzkiego, ale jego już nie ma.
- A co się z nim stało?
- Husary pana Czarnieckiego pod Żółtą Wodą starli. Teraz ja u Dońca z tymi, co zostali. Pan Czarniecki szczery żołnir, on u nas w niewoli, o niego komisarze prosili.
- Mamy i my waszych jeńców.
- Tak i musi być. W Kijowie mówili, że najlepszy mołojec u Lachiw w niewoli, choć inni mówili, że zginął.
- Kto taki?