- Nie mogę, mój jegomość, inaczej powiedzieć, jak że dość wdzięcznie. "Myślałem, powiada, że to jakiś wyskrobek, że to, powiada, pokurcz, a to, powiada, junak pierwszej wody, który mnie bez mała na wpół przeciął." Tylko oto, jak o jegomości panu Zagłobie wspomni, to jeszcze gorzej jak pierwej zgrzyta, że jegomość go do walki podjudził!...
- Niech mu tam kat świeci! Już ja się jego nie boję! - odparł Zagłoba.
- Przyszliśmy tedy do dawnej konfidencji - mówił dalej Rzędzian - ba! jeszcze do większej, i on mnie wszystko powiadał, jako śmierci był bliski, jako go do dworu w Lipkowie wzięli mając go za szlachcica, a on też się podał za pana Hulewicza z Podola, jak go później wyleczyli, z wielką ludzkością traktując, za co im wdzięczność do śmierci poprzysiągł.
- A cóż we Włodawie robił?
- Ku Wołyniowi się przebierał, ale mu się w Parczewie rany otworzyły, bo się z nim wóz wywrócił, więc musiał zostać, chociaż i w strachu wielkim, gdyż łatwo tam go mogli rozsiekać. Sam mnie to mówił. "Byłem, powiada, wysłany z listami, ale teraz świadectwa żadnego nie mam, jeno piernacz, i gdyby się zwiedzieli, ktom jest, to by mnie nie tylko szlachta rozsiekała, ale pierwszy komendant by mnie powiesił, nikogo o pozwolenie nie pytając." Pamiętam, że jak m i to rzekł, tak ja do niego mówię: "Dobrze to wiedzieć, że pierwszy komendant by jegomości powiesił." A on pyta: "Jak to?" - "Tak, rzekę, że trzeba być ostrożnie i nikomu nic nie mówić - w czym się też jegomości przysłużę." Dopieroż jął mi dziękować i o wdzięczności zapewniać, jako że mnie nagroda nie minie. "Teraz, mówi, pieniędzy nie mam, ale co mam z klejnotów, to ci dam, a później cię złotem obsypię, tylko mi jedną przysługę jeszcze oddaj."
- Aha, to już przyjdzie do kniaziówny! - rzekł Wołodyjowski.
- Tak jest, mój jegomość; muszę już wszystko dokumentnie opowiedzieć. Jak mi tedy rzekł, że teraz pieniędzy nie ma, takem do reszty serce dla niego stracił i myślę sobie: "Poczekaj, oddam ja ci przysługę!" A on mówi: "Chorym jest, nie mam siły do podróży, a droga daleka i niebezpieczna mnie czeka. Jeżeli się, powiada, na Wołyń dostanę - a to stąd blisko - to już będę między swoimi, ale tam nad Dniestr nie mogę jechać, bo sił nie staje i trzeba, powiada, przez wraży kraj przejeżdżać, koło zamków i wojsk - jedź ty za mnie." Więc ja pytam: "A dokąd?" - On na to: "Aż pod Raszków, bo ona tam ukryta u siostry Dońca, Horpyny, czarownicy." - Pytam: "Kniaziówna?" - "Tak jest - rzecze. - Tamem ją ukrył, gdzie jej ludzkie oko nie dojrzy, ale jej tam dobrze i jako księżna Wiśniowiecka na złotogłowiach sypia."
- Mów no prędzej, na Boga! - krzyknął Zagłoba.
- Co nagle, to po diable! - odpowiedział Rzędzian. - Jakem to tedy, mój jegomość, usłyszał, takem się ucieszył, alem tego po sobie nie pokazał i mówię: "A pewnoż ona tam jest? bo to już musi być dawno, jakeś waćpan ją tam odwiózł?" On począł się zaklinać, że Horpyna, jego suka wierna, będzie ją i dziesięć lat trzymała, aż do jego powrotu, i że kniaziówna tam jest jako Bóg na niebie, bo tam ani Lachy, ani Tatary, ani Kozaki nie przyjdą, a Horpyna rozkazu nie złamie.
Podczas gdy tak opowiadał Rzędzian, pan Zagłoba trząsł się jak w febrze, mały rycerz kiwał radośnie głową, Podbipięta oczy do nieba wznosił.
- Że ona tam jest, to już pewno - mówił dalej pachołek - bo najlepszy dowód, że on mnie do niej wysłał. Ale ja ociągałem się zrazu, żeby to niczego po sobie nie pokazać - i mówię: "A po co ja tam?" On zaś: "Po to, że ja tam nie mogę jechać. Jeśli (powiada) żywy się z Włodawy na Wołyń przedostanę, to się każę do Kijowa nieść, bo tam już wszędzie nasi Kozacy górą, a ty, powiada, jedź i Horpynie daj rozkaz, by ją do Kijowa, do monasteru Świętej-Przeczystej odwiozła."
- A co! więc nie do Dobrego Mikoły! - wybuchnął Zagłoba. - Zaraz mówiłem, że Jerlicz śledziennik albo że zełgał.
- Do Świętej-Przeczystej! - mówił dalej Rzędzian. - "Pierścień (powiada) ci dam i piernacz, i nóż, a już Horpyna będzie wiedziała, co to znaczy, bo taka umowa stoi, i Bóg cię (powiada) tym bardziej zesłał, że ona cię zna, wie, żeś mój druh najlepszy. Jedźcie razem, Kozaków się nie bójcie, jeno na Tatarów baczcie, jeśliby gdzie byli, i omijajcie, bo ci piernacza nie uszanują. Pieniądze, dukaty, tam są, powiada, zakopane na miejscu w jarze, od wypadku - to je wyjmij. Po drodze mówcie jeno: - <
- Zaraz jutro! - rzekł Wołodyjowski.
- Co to jutro! - dziś jeszcze na świtanie każem konie kulbaczyć.