- A co? - spytał Zagłoba niekontent, iż mu przerwano bieg myśli.
- Czy jegomość widział? Wilk pomknął przed nami.
- To i cóż?
- A czy to tylko był wilk?
- Całujże go w nos.
W tej chwili Wołodyjowski zatrzymał konia.
- Czyśmy drogi nie zmylili? - pytał - bo to już by powinno być.
- Nie! - odrzekł Rzędzian - tak jedziemy, jak Bohun mówił. Dałby Bóg, ażeby to już było po wszystkim.
- Będzie niedługo, jeżeli dobrze jedziemy.
- Chciałem też jeszcze waszmościów prosić, aby jak będę gadał z czarownicą, na owego Czeremisa uważać; wielki to ma być paskudnik, ale podobno z rusznicy okrutnie strzela.
- Nie bój się, jazda!
Zaledwie ujechali kilkadziesiąt kroków, konie poczęły tulić uszy i chrapać. Na Rzędzianie skóra zmieniła się w jaszczur, bo spodziewał się, że lada chwila zza załamu skały rozlegnie się wycie upiora lub wytoczy się jaki kształt szkaradny a nieznany - ale pokazało się, że konie chrapały tylko dlatego, że przechodziły tuż koło legowiska owego wilka, który tak poprzednio zaniepokoił pachołka. Naokół była cisza; nawet szarańcze przestały ksykać, bo już i słońce schyliło się na drugą stronę nieba. Rzędzian przeżegnał się i uspokoił.
Nagle Wołodyjowski wstrzymał konia.
- Widzę jar - rzekł - do którego gardziel skałą zatkana, a w skale wyrwa.
- W imię Ojca i Syna, i Ducha - szepnął Rzędzian - to tu!