- Za mną! - skomenderował pan Michał, skręcając konia.
Po chwili stanęli u wyrwy i przejechali jakby pod sklepieniem kamiennym. Otworzył się przed nimi jar głęboki, gęsto zarośnięty po bokach, rozsuwający się w dali w obszerną, półkolistą równinkę, obwiedzioną jakby olbrzymimi murami.
Rzędzian począł wołać, ile mu sił w piersiach starczyło:
- Bo-hun! Bo-hun! Bywaj, wiedźmo! bywaj! Bo-hun! Bo-hun!
Zatrzymali konie i stali przez czas jakiś w milczeniu, po czym pachołek znów jął wołać:
- Bohun! Bohun!
Z dala doszło szczekanie psów.
- Bohun! Bohun!...
Na lewym zrębie jaru, na który padały czerwone i złote promienie słońca, poczęły szeleścić gęste krzewy głogu i dzikiej śliwiny i po chwili ukazała się niemal na samym szczycie stoku jakaś postać ludzka, która przechyliwszy się i przykrywszy oczy ręką, wpatrywała się pilnie w przybyłych.
- To Horpyna! - rzekł Rzędzian i zwinąwszy dłonie koło ust począł po raz trzeci wołać:
- Bohun! Bohun!
Horpyna poczęła schodzić i idąc wyginała się w tył dla równowagi. Szła szybko, a za nią toczył się jakiś mały, krępy człowieczek z długą turecką rusznicą w ręku; krze łamały się pod potężnymi stopami wiedźmy, kamienie spadały spod nich, hucząc, na dno jaru, i tak przechylona, w czerwonych blaskach, wydawała się istotnie jakąś olbrzymią, nadprzyrodzoną istotą.
- Kto wy? - rzekła wielkim głosem, stanąwszy na dnie.
- Jak się masz, basetlo? - rzekł Rzędzian, któremu na widok ludzi, nie duchów, wróciła cała zwykła flegma.
- Ty sługa Bohunów? ty! poznaję cię! Ty mały, a ci, co za jedni?