- Wiesz, co się stało?
- Nie wiem.
- Pan Regowski puścił Bohuna na wolność. Widziałem go w Płoskirowie.
- W Płoskirowie? teraz? - pytał Rzędzian.
- Teraz. A co? nie zlatujesz z kulbaki?
Promienie księżyca padały prosto na pucołowatą twarz pachołka i pan Zagłoba nie tylko nie dojrzał na niej przerażenia, ale z największym zdziwieniem spostrzegł ów wyraz srogiej, zwierzęcej prawie zawziętości, który Rzędzian miał wówczas, gdy Horpynę mordował.
- Cóż? to się Bohuna nie boisz czy co? - pytał stary szlachcic.
- Mój jegomość - odparł pachołek - jeżeli jego pan Regowski puścił, to już ja sam muszę na nowo pomsty nad nim szukać za moją krzywdę i pohańbienie. Przecie mu tego nie daruję, bom poprzysiągł, i gdyby nie to, że pannę odwozimy, zaraz bym w jego tropy pojechał: niechże moje nie przepada!
"Tfu! - pomyślał Zagłoba - wolę, żem temu pachołkowi nijakiej krzywdy nie uczynił."
Po czym popędził konia i po chwili zrównał się z kniaziówną i Wołodyjowskim. Po godzinie drogi przeprawili się przez Medwiedówkę i wjechali w las ciągnący się od samego brzegu rzeki dwoma czarnymi ścianami wzdłuż drogi.
- Już tę okolicę znam dobrze - rzekł Zagłoba. - Teraz ten bór niedługo się skończy, za nim będzie z ćwierć mili pola gołego, przez które idzie gościniec z Czarnego Ostrowu, a potem znów bory jeszcze większe, aż do Matczyna. Da Pan Bóg, że w Matczynie zastaniemy już chorągwie polskie.
- Pora już, żeby zbawienie przyszło! - mruknął Wołodyjowski.
Czas jakiś jechali w milczeniu, jasnym, oświeconym przez promienie księżyca, gościńcem.
- Dwa wilki drogę przeszły! - rzekła nagle Helena.
- Widzę - odparł Wołodyjowski. - A ot, trzeci!